Czym się zajmuję, gdy nie uczę się do sesji?

Moment zbliżających się egzaminów na koniec semestru to wybornie kreatywny czas. Bardzo dużo kwestii zaczyna mnie wtedy interesować i zgłębiam te zagadnienia z większym zapałem niż zwykle. Nie, nie zamiatam pustyni i nie sprzątam mieszkania (choć to drugie by mi na pewno nie zaszkodziło) – jest znacznie gorzej.

 

Weźmy takie dzisiaj. Czytam sobie leniwie Wiedźmina (jako ciekawostkę dodam, że w przyszłym tygodniu mam dwa egzaminy oraz jedno kolokwium) i zachwyca mnie staropolski język, jaki jest tam często używany. Niektóre zwroty wręcz popychają czytelnika do zagłębienia się w etymologię polskich słów. I tak na przykład, nie wiem skąd, dotarłam do etymologii nazw miesięcy. Czy nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego styczeń jest styczniem, a luty lutym? Mnie zauroczyło dziś odkrycie, że istnieje owad nazywający się czerwiec polski i właśnie w czerwcu (niespodzianka!) jego samice składają jajeczka. Stworzonko to jest wściekle czerwone i w średniowiecznej Polsce miało duże znaczenie jako źródło czerwonego barwnika do tkanin. Wikipedia podaje, że stosowano go w całej Europie aż do połowy XIX wieku i był powszechnie używany w malarstwie! Polska za to była jego dużym eksporterem. Takie miłe stworzonko, a suszyli je w słońcu na wiór i miażdżyli na proszek, wszystko dla pięknego czerwonego koloru… W każdym razie, zbiory tego owada w Polsce były najwyraźniej tak istotne, że dziś mamy na jego cześć nazwę miesiąca. Czy to nie jest fascynujące?

 

Ogólnie fascynuje mnie język polski oraz inne języki słowiańskie (dlatego też studiuję Finanse i Rachunkowość, logiczne). Chciałabym zagłębić się bardziej w historię pierwszych Słowian i ich kolejnych podziałów, bo to jest niesłychanie ciekawe. Znam akurat trochę serbski, bywam w Serbii stosunkowo często i zaskakuje mnie, jak wiele ich obecnych słów jest podobnych do słów staropolskich, których rzadko się u nas używa. Na przykład drzwi po serbsku to vrata, jak nasze wrota. Łatwo to zapamiętać i czuć, że mieliśmy w przeszłości coś wspólnego jako Słowianie, ale jednak ich znaczenie trochę odbiegło od naszego. A może to nasze odbiegło i wrota mówi się dzisiaj tylko w odniesieniu do zamków, natomiast w Serbii vrata są w każdym mieszkaniu. Dziękuję to po serbsku hvala – u nas też można by teoretycznie powiedzieć chwała ci w podziękowaniu, ale brzmi to dziwnie i staroświecko. Takich przykładów jest sporo i dają nam wskazówki, w jaki sposób nasze języki są połączone dzisiaj, a w jaki były dawniej. Mam wrażenie, że serbski ewoluuje dużo wolniej niż polski i dzięki temu jest bliżej naszego słowiańskiego korzenia: chciałabym wkrótce zgłębić ten temat (a chęć ta wzrasta jeszcze bardziej, kiedy leżą koło mnie notatki na kolokwium z analizy finansowej).

 

***

Inna myśl (oczywiście również ściśle związana z nauką na studia) to chęć kontynuowania mojej zarzuconej kiedyś edukacji muzycznej. Niedawno ściągnęłam sobie na telefon aplikację do kształcenia słuchu i jestem zachwycona (Perfect Ear na Androida, jeśli ktoś ma ochotę). Wałkuję po kilkadziesiąt razy rozpoznawanie interwałów i pochwalę się, że rozróżniam je już do kwinty, jeśli są zagrane w górę.

Kiedyś myślałam, że z predyspozycjami muzycznymi człowiek się rodzi lub nie. Teraz uważam, że wszystko jest do nauczenia. Jako dziecko byłam głucha jak pień, niestety nie przyjęto mnie do publicznej szkoły muzycznej, co zawsze było moim wielkim marzeniem. Miałam kilku prywatnych nauczycieli gitary, ale pierwsi dwaj uczyli mnie trochę z litości i bez większych nadziei. Naprawdę długo, długo byłam głucha – w tym sensie, że nie słyszałam fałszu ani linii basu w utworze; nie słyszałam nawet, czy instrument mi stroi. Ze śpiewaniem szkoda gadać, nie przyjęto mnie do trzech czy czterech chórów, a ja wytrwale próbowałam dalej. W pewnym momencie miły pan z rzeszowskiego domu kultury zaczął mi udzielać lekcji wokalu w bardzo symbolicznych cenach. Trafiłam też na niezłą prywatną szkółkę muzyczną, gdzie uczyli mnie grać rocka na gitarze elektrycznej. Nie wiem, jak to się działo, ale bardzo powoli zaczynałam słyszeć. Od tego powtarzania dźwięków po pianinie i częstego obcowania z muzyką zaczął mi się wyostrzać słuch, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej. No i po latach wyszło na to, że jest on dzisiaj całkiem przyzwoity – swoją upartą i nieodwzajemnioną miłością do muzyki doprowadziłam do stanu, który określić można jako w miarę okej. Moje dwie gitary leżą na co dzień w szafie, w domu rodzinnym, ale grywam jeszcze i po latach na nowo wróciło mi do tego natchnienie.

 

Tę wieloletnią przygodę z graniem i śpiewaniem zilustrowałabym historią ryby, która chce uczyć się wspinania po drzewach. No nie jestem talentem, co tu kryć, ale sprawia mi to przyjemność i bardzo mnie rozwija, więc dlaczego mam nie wydawać na to pieniędzy? Jasne, że nigdy nie będę pięknie śpiewać, tak samo jak nie będę wirtuozem gitary. Moja skala głosu jest niewielka, choć słyszę kiedy fałszuję. Nie mam ambicji zostać Sylwią Banasik z Accantusa, ale fajnie byłoby nauczyć się śpiewać poprawnie. Tak po prostu, na miarę swojej marnej skali, żeby bez siary brać udział w publicznym karaoke, w Święta śpiewać głośno kolędy, a moim przyszłym dzieciom ładnie nucić kołysanki :) Nauczyć się tego dla mnie. Muzyka uwrażliwia – im bardziej wyostrza mi się słuch, tym głębiej ją przeżywam. I to jest w moim odczuciu wartość, w którą warto inwestować, nawet jeżeli jest dosyć niepraktyczna. Lekcje wokalu i emisji głosu w Poznaniu całkiem sporo kosztują, ale właśnie dojrzewam do decyzji, żeby do nich wrócić. Czy to jest racjonalny wydatek? Nie. Ale byłabym bardzo smutnym człowiekiem, gdyby moje wydatki stały się wyłącznie racjonalne.

Najbardziej chyba interesują mnie rzeczy niepraktyczne. Jak historia pierwszych Słowian i kształcenie słuchu, które są zaledwie wierzchołkiem góry lodowej mojej życiowej niepraktyczności. Chciałam być kiedyś praktyczna i wybrałam ekonomiczne studia – właśnie je zresztą kończę – ale co jakiś czas wychodzi na jaw fakt, że trudno oszukać moją prawdziwą naturę.

Nie wiem, gdzie zaprowadzą mnie te rozbieżności, ale idę nauczyć się jeszcze paru interwałów z aplikacji Perfect Ear. A Wam jak mija koniec stycznia?

 

 

  • Bardzo lubię śpiewać i też nieraz myślałam o tym, żeby może zapisać się na jakieś lekcje wokalu, po czym stwierdzałam, że to trochę niepotrzebny wydatek, bo po co mi to? Ano właśnie dla siebie! Muszę to przemyśleć. Mi marzą się lekcje malarstwa no i własnie coś związanego z muzyką. Musisz mi opowiedzieć o tych Twoich lekcjach wokalu, bo brzmi to mega ciekawie!

    • Trudno sobie zracjonalizować taki wydatek jeśli wiemy, że nie przyniesie to nic więcej poza satysfakcją, ale czy satysfakcja i przyjemność to tak mało? :) Jak na mój budżet to te lekcje wokalu kosztują dużo, ale chcę pertraktować z kilkoma nauczycielami/szkołami, żebym mogła chodzić raz na dwa tygodnie zamiast co tydzień. Wtedy byłoby doskonale i bez uszczerbku na standardzie życia:D

  • Magdalena Stachowiak

    Zaciekawiłaś mnie tą aplikacją – szału nie ma, gdy śpiewam, ale lubię to robić. Jak tylko skończę się uczyć to ją sobie ściągnę. :)
    Jeśli o mnie chodzi, to tak jak ty masz teraz ze śpiewaniem/muzyką ogólnie, to ja z największą chęcią zaczęłabym ćwiczyć rysowanie. Ostatnio zajrzałam do swojej teczki ze starymi rysunkami. Ostatnia data to chyba czerwiec 2016. Spory zastój, jeśli nie będziemy liczyć bazgrołów, które powstają gdzieś na marginesach kartek w trakcie wykładów. Sesja to chyba ten czas, w którym zamiast chęci nauki, odkrywamy to, co chcielibyśmy robić, chociaż już dawno o tym zapomnieliśmy :D

    • Ha, no właśnie ta sesja to jest chyba dobry filtr! Tak jak mówisz – jest potrzebna do odkrywania naszych pierwotnie lubianych zajęć :D Musimy wyciągnąć z tego wnioski i wdrożyć te zmiany, nie czekając do kolejnej sesji :)

  • Ja też bardzo lubię śpiewać. Ja 28 stycznia mam egzamin z finansów publicznych (to nie zbyt ciekawy przedmiot). Na szczęście jak zdam ten jeden jedyny egzamin z finansów to zakończę przygodę z nauką finansów! :D Piękne masz zainteresowania. :)

    • To życzę powodzenia Weronika, widzę że bardzo się cieszysz na koniec przygody z finansami :D Niech nadejdzie więc szybko i bezboleśnie :D

  • Kreatywność w czasie sesji potrafi nas nieźle zaskakiwać. Ale jak jest to trzeba z niej korzystać. Kto wie kiedy pojawi się znowu ;) Bardzo mnie zainteresowała ta etymologia miesięcy! Muszę się nad tym zagłębić, a to co mam do zrobienia przecież zaczeka ;P i nie nie mam na głowie sesji, a jednak ta kreatywność w nas zostaje :D

  • Ja za to zmarnowałam swój talent:D W dzieciństwie miałam doskonały słuch i poczucie rytmu, niestety nikt nie posłał mnie do szkoły muzycznej:( Ale zaskoczyłaś mnie tym Wiedźminem! Ja totalnie nie odnajduję się w fantastyce!

    • Jeśli miałaś wtedy, masz i teraz, to akurat nie znika:P Nadal możesz te umiejętności rozwijać, jeśli masz ochotę, ale może nie jest to w tym momecie priorytet. Zależy czy jeszcze masz do tego serce i natchnienie :)

      • Nie znika:) znika za to szansa robienia tego zawodowo:) uczyć się od podstaw w tym wieku dla własnej satysfakcji, to już i pieniędzy szkoda i czasu. Jak napisałaś, to już nie priorytet:)

  • Myślę, że spodobałby Ci się przedmiot, który miałam pod koniec studiów: historia języka polskiego. Poznawaliśmy na nim właśnie tego typu ciekawostki etymologiczne, a że prowadząca była osobą obdarzoną specyficznym poczuciem humoru, atmosfera na zajęciach była naprawdę luźna (choć obecnie nie pamiętam z nich wiele więcej ponad to, że „dupa” kiedyś oznaczała niewinnie po prostu „dziupla”).
    No i bardzo zaciekawiłaś mnie kwestią predyspozycji muzycznych – też myślałam, że albo się je ma, albo nie. Choć z drugiej strony, czy tak się nie myśli o każdym talencie? Pisanie, malowanie, taniec – wszystkie te rzeczy można wyćwiczyć, choć zapewne poziom startowy jest różny i w jakimś stopniu zależy od predyspozycji. Muszę sprawdzić swoje skille w aplikacji ;)
    No i oczywiście – powodzenia!

  • Miałam egzamin z gramatyki historycznej i dopiero po czasie stwierdzam, że to było ciekawe :D O pochodzeniu nazw miesiąców też się uczyłam, choć podano nam to jako ciekawostkę ;)

    • Chyba dużo zależy od tego, czy czytamy takie rzeczy z musu czy z czystego zainteresowania :D Jeśli coś się musi, to wiadomo, że na starcie odpada 50% przyjemności. Może też by mnie nie fascynowało, gdyby ktoś mnie z tego rozliczał ocenami na egzaminie:P

  • A propos talentu muzycznego to prowadzono badania na temat słuchu absolutnego – porównywano amerykańskich i chińskich uczniów szkół muzycznych. Nie pamiętam dokładnych liczb, ale Chińczyków z absolutem było około 10 razy więcej niż Amerykanów. W sumie nie wiadomo dlaczego tak akurat tak jest, ale teoria jest taka, że język Chiński jest bardziej tonalny i od małego Chińczycy niejako uczą się rozpoznawać wysokość dźwięków. Po prostu dlatego, że „ma” inaczej zaakcentowane może znaczyć kilka zupełnie innych rzeczy. Ale do rzeczy. To dowodzi, że TEGO się można nauczyć. Ale najlepiej uczyć się bardzo wcześnie – ponoć najlepiej zacząć jeszcze przed trzecim rokiem życia.

    W końcu kształcenie słuchu jest „kształceniem” nie bez powodu (ciekawe jaka jest etymologia tego słowa…) – słuch można a nawet należy kształcić, nie tylko liczyć na to, że się z nim szczęśliwie urodzimy :)

    • Kurczę, to trochę zazdroszczę rodzimym użytkownikom chińskiego i innych języków tonalnych pod tym względem :) Naprawdę mają przewagę we wrażliwości słuchu. Bardzo ciekawe jest to co mówisz i aż zaczęłam się zastanawiać, czy wśród Chińczyków są wady logopedyczne – no bo jeśli najmniejsza zmiana dźwięku przeinacza znaczenie wyrazu, to co jeśli ktoś ma wadę wymowy? W polskim się domyślimy, a ciekawe jak w chińskim. Z drugiej strony oni nie mają takich wyrazistych głosek jak nasze „r” – ciekawe, jakie są problemy logopedyczne Chińczyków :)

      • Haha nie wiem… Nigdy o tym nie pomyślałam :) Może poszukam jakichś informacji!

        A no i trzeba zauważyć, że to tylko teoria, więc nie wiemy na 100% czy taka jest rzeczywista przyczyna. Może Chińczycy po prostu są od nas mądrzejsi i tyle. Istnieje też dużo właśnie takich teorii :P

  • D.

    Jeśli będzie powódź i zaleje miasto.. To i ryba będzie mogła się ‚wspinać po drzewie’ :D
    Wszystko jest możliwe..

  • Pomysłowość w czasie sesji osiąga 100% i człowiek ma ochotę robić wszystko to na co zazwyczaj nie ma, albo to czym normalnie by się nawet nie zainteresował. I mimo wszystko znajdzie na to czas, bo lepsze to niż nauka :P

  • Ach, sesja. Zawsze wtedy nadrabiam wszystkie seriale, nałogowo przerabiam zdjęcia i piszę wpisy na blogu. Cóż, wszystko jest lepsze od nauki :)
    Ej, bardzo dobrze, że pielęgnujesz w sobie pasje, które wcale nie są przyszłościowe i nie przynoszą racjonalnych korzyści. Tylko nudne życie jest do szpiku kości racjonalne :) Największą wartością jest to jak rozwijasz się rośniesz we własnych oczach. Czy to nie jest piękne? Sama nigdy nie będę talentem muzycznym, ale przyznam szczerze – nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Chociaż… wcale bym nie pogardziła, jeśli umiałabym rozpoznawać dźwięki i nabrać muzycznej wrażliwości, której tak bardzo mi czasami brakuje :)