Lista 100 marzeń – masz aż tyle?

Macie czasem tak, że myślicie sobie o czymś: tego trzeba będzie kiedyś spróbować, a potem stale przekładacie to na później? Może chodzić o nową dyscyplinę sportu, nietypową restaurację lub jakąś szaloną formę spędzania czasu wolnego. Może chodzić o podróż. To wszystko, co wisi na wiecznej bucket list i ciągle nie jest odhaczone.

Właściwie idea bucket list polega na wypisywaniu rzeczy, które chciałoby się zrobić przed śmiercią. Z tego względu wielu osobom kojarzy się to z poważnymi marzeniami w stylu podróż do Indii, a nie z małymi codziennymi radościami, jak wybranie się do najlepszej indyjskiej restauracji w mieście i spróbowanie słynnego napoju mango lassi. Głupio wpisać sobie spróbowanie mango lassi jako rzecz do zrobienia przed śmiercią, skoro wymaga to zaledwie wycieczki na drugi koniec miasta i wydania kilku złotych, nie?

A jednak jest dużo takich drobnostek, o których pomyśleliśmy kiedyś: ciekawe, jak to smakuje. Ciekawość świata i nowych doświadczeń lepiej w sobie podsycać niż odkładać na później, stąd dobrze jest zrobić sobie listę tych wszystkich małych i większych rzeczy, których kiedykolwiek chcieliśmy spróbować. Nazywam je roboczo marzeniami, chociaż mam na myśli bardziej drobne przyjemności i małe odkrycia (ale niektóre faktycznie są marzeniami większego kalibru, rozstrzał życiowych zachcianek jest przecież ogromny).

 

ZACZĄĆ TU, GDZIE JESTEM

Złapałam się ostatnio na tym, że chociaż mieszkam w Poznaniu od ponad trzech lat, to nadal nie wykorzystałam wielu możliwości, jakie to miasto oferuje. Pułapka w tym przypadku polega na tym, że wielu atrakcji nie odwiedzam, bo mam je zawsze pod ręką. Myślę sobie: co tam, będzie jeszcze czas to zobaczyć! I lata mijają, a ja ciągle nie zawitałam w progi wielu ważnych miejsc. Jak tak dalej pójdzie, to wyjadę z Poznania i nadal ich nie zobaczę. O jakie miejsca i doświadczenia mi chodzi?

Na przykład o Termy Maltańskie i dzień w SPA. Nigdy nie byłam w SPA i chciałabym spróbować kiedyś takiego dnia wypełnionego po brzegi soczystym relaksem. Wielokrotnie miałam się do Term wybrać, w końcu to kwestia kilkunastu minut jazdy tramwajem – i do tej pory nie wyszło. Pieniądze nie są przeszkodą, to nie jest jakaś zawrotna cena. Chodzi tylko o czas i decyzję, która przesuwa się na wieczne kiedyś.

 

CO JESZCZE POMINĘŁAM?

Ostrów Tumski i jego okolice, który chciałam zwiedzić już milion pięćset razy, a nadal nie zwiedziłam. Muzeum Rogala Marcińskiego, gdzie miałam się wybrać, by obejrzeć dokładnie proces produkcji tego słodkiego cuda – to samo. Muzeum Narodowe, obok którego tak często przechodzę w drodze do Biblioteki Raczyńskich. Teatr Nowy, który tak pięknie prezentuje się z zewnątrz, a nadal nie poznałam go w środku.

Dodajmy do tego jeszcze Park Trampolin, o którym od dawna mówię: trzeba by pójść i ciągle nie byłam. Dodajmy masę restauracji i knajpek, gdzie miałam zawitać i ciągle mi było nie po drodze. Nadal nie spróbowałam słynnych kotletów schabowych u Dziadka, które wychwalał sam Krzysztof Gonciarz, nadal nie byłam w Gringo barze, na sushi w GOKO ani na kawie w Zemście. W kinie Apollo nie byłam też, ani w Rialto. Nie byłam w Dobrej Kawiarni, o której tyle słyszałam i mam nawet polubiony ich fanpage na Facebooku – to nietypowa kawiarnia prowadzona przez osoby niepełnosprawne. W wielu miejscach nie byłam, a chciałabym – ta lista jest naprawdę dłuuga.

Co ciekawe, kiedy podróżuję, staram się poznać odwiedzane miasto tak dobrze, jak to możliwe: w końcu mam je tylko na kilka dni. Gdy natomiast mieszkam gdzieś dłużej, włącza się myślenie, że przecież za miesiąc i za pół roku też mogę to zobaczyć. To przekładanie prowadzi do tego, że kiedy w końcu stąd wyjadę, nadal nie poznam wszystkiego. A gdyby tak być czasem turystą we własnym mieście? Takie podejście staram się ostatnio praktykować i odkrywam Poznań na nowo!

 

LISTA ZACHCIANEK

Te wszystkie miejskie atrakcje wpisuję więc na listę 100 rzeczy do spróbowania. Może spotkaliście się już kiedyś z takim ćwiczeniem, żeby wypisać sobie na kartce jedno pod drugim 100 marzeń – to dość znane narzędzie w rozwoju osobistym. Tylko że trudno wymyślić aż tyle marzeń przez duże M, jeśli definiujemy je jako coś naprawdę szczególnego, na co czekaliśmy przez długi czas. Czy marzeniem może być zapuszczenie zdrowych, mocnych paznokci i malowanie ich regularnie na kolor czerwonego wina? Albo spróbowanie podobno bardzo dobrych tacosów z meksykańskiej knajpki, do której Ci wiecznie nie po drodze? To są zachcianki dość krótkoterminowe, łatwe do spełnienia. Ale właśnie suma tych małych drobiazgów sprawia, że czujemy się cudownie przez siebie samych dopieszczeni.

Tak więc w mojej wersji ćwiczenia – wrzucamy wszystko do jednego worka. Marzenie o własnym mieszkaniu obok chęci spróbowania pitaji, wystąpienie na TEDzie obok wybrania się na spektakl do Teatru Nowego. Jak cudownie potem czyta się taką listę przyjemności i zachcianek! I w przeciwieństwie do listy marzeń dużego kalibru (jak skok na bungee czy podróż do Tokio), możemy część z nich zacząć spełniać od razu. Poniżej losowe punkty z mojej listy:

 

39. Znaleźć swoje idealne perfumy. Trafić na zapach będący niczym moja druga skóra, pasujący do mojej osobowości i taki wspaniale luksusowy. To może trochę potrwać, ale nie ustaję w poszukiwaniach.

63. Zobaczyć na żywo balet Dziadek do orzechów, w dalszej kolejności także Jezioro łabędzie.

49. Spróbować duriana. Ciekawe, czy śmierdzi tak bardzo, jak mówią, że śmierdzi! Na liście owoców do spróbowania mam też pitaję zwaną smoczym owocem – próbuję ją wyczaić w marketach, ale do tej pory mi się nie udało. Wygląda tak ładnie, że dla samej estetyki chętnie bym ją raz kupiła.

11. Pójść na koncert Studia Accantus. Ech, dlaczego nie mogę być 20 stycznia w Lublinie na ich symfonicznym występie? Może dlatego, że będę się wtedy uczyć do egzaminów na przeciwnym w stosunku do Lublina końcu Polski. Ale jeszcze się uda!

34. Zrobić wyzwanie Ani 100 dni bez spodni. Polega na częstym noszeniu sukienek i spódnic – nie musi być 100 dni pod rząd, ale przynajmniej 100 dni w ciągu roku, czyli średnio dwa razy w tygodniu. Przyznam, że przez 95% czasu noszę spodnie i takie wyzwanie nieźle by mi zrobiło, może nauczyłabym się staranniej ubierać na co dzień. Wezmę ten cel na tapetę w 2017!

 

Nie zebrałam jeszcze na mojej liście pełnej setki, mam dopiero 65 marzeń. Ale stale dopisuję, gdy mi się coś przypomni. Kiedy zaczęłam to wszystko spisywać, naszła mnie miła refleksja, że jest ciągle tyle do odkrycia! W Poznaniu, w Polsce, na świecie, w życiu. Dlaczego tak często odkładam te radości na później? Może zamiast postanowień na 2017 rok zrealizuję po prostu jak najwięcej marzeń z mojej listy? Wam też pozostawiam to do rozważenia. Po co robić postanowienia noworoczne, jeśli można realizować marzenia? Większa efektywność w innych sferach może być przy tym efektem ubocznym. W końcu człowiek zadowolony z życia jest bardziej skuteczny we wszystkich innych dziedzinach.

 

Dajcie znać, ile udało Wam się wypisać punktów :)

 

  • Mnie takie bucket listy zawsze trochę przerażały – tak jak piszesz, wydawało mi się, że te marzenia muszą być szalenie poważne i zmieniające życie… A że raczej nie jestem typem podróżniczki i czerpię radość z raczej prozaicznych czynności, wydawało mi się, że taka lista nie jest dla mnie. Chyba spróbuję zrobić do niej drugie podejście i potraktować to zadanie trochę mniej serio, wypisując każdą zachciankę, jaka tylko przyjdzie mi do głowy – coś czuję, że w 3/4 będzie się składać z nadrabiania zaległości filmowych i kulinarnych :D

  • Kiedyś dobry znajomy powiedział mi, że robi sobie taką listę – 120 marzeń i jak dobije do 120 i wykreśli któreś z nich, to uzupełnia nowymi, żeby zawsze było 120. Zaczęłam też tak robić, ale nie dobiłam jeszcze do 120, nawet do 100 (niestety często o niej zapominam :) ).
    Na liście też wysoko mam Twój numer 63! Uwielbiam Czajkowskiego i co roku czaję się na bilety na któryś z baletów, zwłaszcza na Dziadka, ale zawsze przegapiam i potem już nie ma wolnych miejsc :(

  • Anna Pastusiak

    Kiduś, nawet nie wiesz, jak trafiłaś z tym postem. Faktycznie, Nowy Rok to zawsze okazja do snucia planów na przyszłość. I tę zupełnie bliską, i tę oddaloną o lata świetlne od bieżącej chwili :) Często się zdarza, że zamiast skupić się na rzeczach małych, o których piszesz, koncentrujemy się na gigantycznych przedsięwzięciach-rzucić pracę, schudnąć 3 rozmiary, wyruszyć w podróż dookoła świata, zakochać się na zabój (co najmniej kilka razy, żeby nie wiało nudą)…Jasne-marzeń się nie cenzuruje, marzenia się ma (i je spełnia :D). Ale po tym, co przeczytałam (świetny przykład z nieznanym dotąd owocem!), dochodzę do wniosku, że może warto skoncentrować się na tym, co pozornie nieistotne, mało znaczące, banalne. Jednak z całą pewnością bardziej osiągalne. A dzięki temu łatwiej uniknąć rozczarowania i zniechęcenia, które tak często pozbawia nas zapału, kiedy weźmiemy na siebie zbyt wiele. Nie chodzi o brak ambicji, zachowawczość, brak kreatywności, spontaniczności i odwagi. Osiągając małe cele, zdobywamy pewność siebie, doświadczenie i twórczą energię, która pozwoli nam wcielić w życie naprawdę imponujące plany! Może więc zamiast rzucać sobie wyzwanie-„a w nowym roku, to będę chodziła co tydzień do kina, znajdę czas na treningi z Chodakowską co wieczór (bez wyjątku!!!), przeczytam 100 książek, wypięknieję, zmądrzeje i tak dalej”, wpisać (właśnie tak, wpisać, a nie tylko rozważać w głowie) na listę choćby „przeczytam powiedzmy jedną książkę na miesiąc, ale taką naprawdę wartościową (jak się uda więcej-super)”, „pójdę do kina na nowy Trainspotting, najlepiej z Julką, bo oglądałyśmy razem pierwszą część wiele lat temu, dawno się nie widziałyśmy-o! będzie okazja”, „zajmę się w końcu paznokciami-może niekoniecznie zostanę mistrzynią w robieniu hybrydy (przynajmniej na początku), ale może za kasę od Gwiazdora kupie sobie dobrą odżywkę, przestanę nerwowo obgryzać skórki…ładne dłonie podobno są wizytówką kobiety… :D.”, „tyle razy mijałam tę knajpkę…może wreszcie ją odwiedzę? tak bez okazji, w końcu jestem tego warta :) trzeba się dopieścić od czasu do czasu”, „kurczę, zawsze chciałam spróbować upiec ptysie. 2017 rok? to idealny moment. biorę się za pieczenie, a później zaproszę Dziadków na degustację-w końcu to Dziadkowie, nawet, jak coś nie wyjdzie, pochwalą… :) i może wreszcie Dziadek mi zdradzi, jak dbać o rośliny-mini ogródek na balkonie na wiosnę-to jest to!”. W małym siła. Tak myślę :)

  • Pitaja bardzo ładna i bardzo zdrowa, w smaku byle jaka (przynajmniej dla mnie), ostatnio widziana w lidlu!:)

  • Zawsze obawiałam się, że jeśli wypiszę 100 rzeczy do zrobienia na mojej liście to ta liczba mnie przytłoczy i nie zrobię nic. Ale może spróbuję i zacznę właśnie od małych rzeczy? Swoją drogą też mieszkam w Poznaniu i nadal nie odwiedziłam połowy miejsc, które chciałam tu zobaczyć (nie mówiąc już o tym, że spora część z nich pokrywa się z Twoją listą).

  • Chyba gdybym zaczęła wszystko wypisywać, czyli to o czym marzę i co chcę zrobić, to byłoby tego ponad 100! :)

    • To super, większość osób ma właśnie problem z dobiciem do 100 :) Chociaż mi się też wydawało, że będzie tego mega mega dużo, ale jak przyszło do wypisywania, wyszło pod 70. Spróbuj sama i zobacz, jak to wyjdzie na piśmie :D

      • Po sesji będę miała dużo wolnego czasu, to może się za to zabiorę! :)

  • Sit

    Nie martw się – ja mieszkam w Poznaniu od urodzenia, a nie wykorzystałam większości (a nie tylko „wielu”) możliwości, jakie to miasto oferuje ;-)
    Ale o koncercie Studia Accantus nie myślałam. Znaczy uwielbiam ich, ale jakoś nie rozważałam pojechania na jakichś ich koncert, choć chętnie trafiłabym na reczital Michała Wiśniewskiego. Coś czuję, że za Twoją sprawą przyjdzie mi naprawić to niedopatrzenie :D

    • Jeszcze żeby tylko Studio zagrało gdzieś bliżej Poznania, a nie tylko Lublin, Białystok, Jelenia Góra… Rozważałam przez chwilę wycieczkę do Bydgoszczy na Pawła Izdebskiego, w ogóle w Bydgoszczy coś robią częściej, ale jednak nie odpowiadał mi termin. Może pewnego pięknego dnia zawitają do samego Poznania:)
      A z tym wykorzystywaniem możliwości jest chyba odwrotnie proporcjonalnie do ilości lat spędzonych w danym mieście :D Mnie trochę dopinguje myśl, że za rok o tej porze w Poznaniu mogę nie mieszkać, więc trzeba korzystać póki czas. A jeśli wiesz, że będziesz tutaj jeszcze długo, no to trudniej się zmobilizować. Mimo wszystko warto odkrywać Poznań, to takie fajne miasto:)