O wstydzie, mówieniu własnym głosem i automiłości

W miesiącach jesienno-zimowych zdarza mi się wpaść w stan lekkiego rozmemłania. Rozmemłanie to ma swoje apogeum w listopadzie, zahacza trochę o grudzień i zwykle opada około stycznia, wraz z energią Nowego Roku i adrenaliną związaną ze zbliżającymi się egzaminami.


Nie wyrzucam sobie tego. Bo wiecie – nie zawsze jestem zwycięzcą i to jest zupełnie okej. Riennahera popełniła niedawno na ten temat ciekawy wpis, pod którym mogę się podpisać obiema rękami. Czasami jesteśmy zmęczeni, leniwi, może nawet smutni i nie ma powodu, żeby nie dawać sobie na to przyzwolenia. Nie ma powodu, żeby udawać pastelowe życie rodem z Instagrama i pisać pastelowe blogi, kiedy prawdziwe emocje są aktualnie inne. Bycie zmęczonym jest tak samo ludzkie jak bycie radosnym, a negatywnego samopoczucia wcale nie należy odpychać, tylko je objąć.
To pomaga. Zaprzestanie myślenia, że cokolwiek powinniśmy i zaprzestanie podsycania w sobie jakiegoś głupiego poczucia winy. Nie ma żadnego sensownego powodu, dla którego mielibyśmy mieć poczucie winy. Nie ma też żadnego powodu do wstydu ani do wypominania sobie czegoś z przeszłości. Nie ma powodu do strachu.

 

TRZY EMOCJE

Podobno wstyd, strach i gniew to najczęściej występujące u ludzi negatywne emocje, przy czym mogą się one pojawiać w różnych kombinacjach. Jeden ze znanych mi testów psychologicznych stosuje właśnie taki podział – dzieli ludzi na tych z główną negatywną emocją gniewu, strachu lub wstydu. To ta emocja, która spośród innych negatywnych najbardziej nas hamuje i w gorszych momentach może przejąć władzę. Która byłaby Twoją? Na pewno wiesz to nawet bez zrobienia testu.

 
U mnie na przykład występuje bardzo mało gniewu. Mam raczej spokojny charakter, rzadko się unoszę, bardzo trudno mnie wyprowadzić z równowagi i naprawdę sporadycznie się wkurzam. Podchodzę bez emocji do tematów, które u innych wywołują emocjonalną lawinę i ogólnie to wiecie, kwiat lotosu na niezachwianej tafli jeziora.
Strach – jasne, zawsze jakiś tam się pojawia. Mimo wszystko, strach w moim przypadku rzadko kiedy jest paraliżujący i zwykle nie przeszkadza mi w podejmowaniu działań, powiedzmy sobie roboczo, odważnych. Załóżmy, że są jakieś tematy, które wymagają podjęcia dużego ryzyka i potencjalnego zrobienia z siebie głupka. Ja je podejmę! Jakoś udało mi się zrobić w życiu masę głupich rzeczy i nigdy nie przeszkadzał mi w tym strach. Najgorsze jednak nadchodzi potem.
Wstyd. Powracanie do wydarzeń, w których zachowałam się głupio i odtwarzanie ich sobie w wersji coraz bardziej przejaskrawionej. Kiedyś miałam tę cechę rozwiniętą do tego stopnia, że na samą myśl o dawnych przykrych zdarzeniach, w tej samej chwili musiałam fizycznie zamknąć i zacisnąć oczy. Wiecie – idę sobie ulicą, przypomina mi się nagle o czymś i muszę dosłownie zacisnąć powieki, bo tak bardzo mnie pali ten obraz pod nimi. Wstyd to ta emocja, która narobiła mi najwięcej szkody ze wszystkich i z którą najtrudniej się walczy.

 

Lista rzeczy, za które było mi głupio z każdym rokiem się powiększała. W pewnym momencie dotarło do mnie, że tak nie da się żyć. Albo będę sobie wybaczać wszystkie popełnione błędy całkowicie i bez wyjątku, albo zrobię się jakimś bardzo zamkniętym w sobie człowiekiem.
Niedługo po założeniu tego bloga powiedział do mnie dobry kumpel (pozdrawiam czule i zapraszam na naleśniki) coś, co brzmiało mniej więcej jak:
Zmieniłaś się. Dawna Kida nie pisałaby tak publicznie o swoich myślach i uczuciach.

 
Nie zmieniłam się znacząco, to znaczy nie zmienił się mój rdzeń, ale zmieniło się moje podejście do kwestii w stylu co ludzie powiedzą. Coraz mniej mnie interesuje, jeśli ktoś myśli o mnie źle.
Trudno, niech myśli. Nie potrzebuję już się wstydzić za cokolwiek, co pomyślę lub powiem – a pewnie powiem jeszcze w życiu wiele żenujących rzeczy – bo chcę mówić własnym głosem i żeby on był ludzki, to musi być też czasem odrobinę kompromitujący. Jest taka piękna piosenka Emeli Sande, którą na pewno znacie, lecz dzisiaj wsłuchajcie się wyjątkowo uważnie w tekst:

 

 

You’ve got the words to change a nation but you’re biting your tongue
You’ve spent a lifetime stuck in silence afraid you’ll say something wrong

Masz w sobie słowa, które mogłyby wiele zmienić w czyimś życiu, a jednak ciągle gryziesz się w język. Dlaczego? To jest takie marnowanie potencjału, kiedy tkwimy w milczeniu zamiast wyjść z naszymi myślami do ludzi.

You’ve got a heart as loud as lions so why let your voice be tamed
Maybe we’re a little different, there’s no need to be ashamed
You’ve got the light to fight the shadows so stop hiding it away
Come on, come on

No właśnie. Nie ma powodu do wstydu, niech Twoje serce będzie jak lew. Wspaniała jest ta piosenka, warto do niej powracać w momentach wątpliwości!

Nie mam problemu z pisaniem o swoich emocjach publicznie, bo nie mam już żadnego powodu do wstydu. W którymś momencie tego roku zaczęła się u mnie zakorzeniać szeroka akceptacja dla wszystkich błędów, które popełniłam, popełniam i będę popełniać. Kiedy się wybaczy wszystko zarówno sobie, jak i innym, to ma się dużo lepsze samopoczucie. Dla kogoś to może być emocjonalny ekshibicjonizm, ale dla mnie nie jest – kiedy jest się spójnym z samym sobą, to nie ma znaczenia, czy jakiś Twój osobisty tekst przeczyta koleżanka, ciocia czy przyszły pracodawca. Nie ma też znaczenia, co sobie pomyśli.

 
Zaczęłam ten post od tego, że nie jestem zwycięzcą i zdarza mi się trochę rozmemłać – no więc właśnie, jest tak i stosunkowo niedawno doszłam do tego, że nic w tym złego. Najgorsze, co można zrobić, to zaprzeczyć swoim aktualnym emocjom, jakiekolwiek by one nie były. Emocje trzeba utulić i pozwolić sobie czasem być znużonym, niekoniecznie tryskającym energią na wszystkie strony. Przecież wiadomo, że w którymś momencie znowu będziemy tryskać, ale czasem potrzebne są długie okresy regeneracji i nie ma tu co naciskać.
Wydaje mi się, że można być szczęśliwym nawet, kiedy jest się smutnym. Poczucie szczęścia to dla mnie akceptacja wszystkiego takim, jakie jest i bycie w zgodzie ze sobą; możemy nawet tak górnolotnie powiedzieć, automiłość :) Co by się nie działo, miłość do samych siebie powinniśmy mieć zawsze. Czasem dzieje się coś przykrego i myślisz sobie: hmmm, odczuwam smutek, ale jednocześnie akceptujesz ten stan ducha, wiesz, że jest przejściowy i spoza tego powierzchownego smutku czujesz, jak fajnie jest żyć i w ogóle odczuwać cokolwiek. Jeśli jest automiłość, to wszystko inne też znajduje swoje miejsce.

 

 

  • Poważny temat. Zdecydowanie należy sobie wybaczać, bez tego nie da się spać… (Chociaż teoria teorią, a i tak zdarzało mi się strzelać facepalma w łóżku, o trzeciej nad ranem, bo przypomniałam sobie coś głupiego, co zrobiłam pięć lat temu). A u mnie rozmemłanie zawsze wypada gdzieś w lutym. Stwierdzam wtedy, że wszyscy na pewno mnie nienawidzą i po co ja się w ogóle staram.

    • No co Ty – masz taką miłą twarz, że nie opcji, by Cię ktoś nie lubił :D Kiedykolwiek, nawet w lutym.
      Ciekawe, jak wiele potrafimy sobie sami wkręcić, głównie na naszą niekorzyść. Trudno przekonać własny rozum, kiedy wmawia nam coś głupiego – wtedy chyba najlepiej pogadać z kimś bliskim.

      • Haha, dzięki! Kwestia percepcji, zdarzyło mi się na przykład od „znajomej znajomej” usłyszeć, że mam fałszywy uśmiech i dlatego mnie nie cierpi ;)
        Natomiast jeśli chodzi o radzenie sobie z tym, to chyba wciąż jeszcze szukam mojego złotego środka.

  • Wsłuchanie się w siebie jest szalenie istotne, bo czasami próbujemy sprostać swoim wymaganiom lub, co gorsza, oczekiwaniom innych próbując się zmieniać. Zupełnie niepotrzebnie. Poznanie siebie tak naprawdę jest pierwszym krokiem do budowania relacji z innymi ludźmi. Ja stosunkowo niedawno to zrozumiałam i to jest trochę straszne, że zajęło mi to ponad 20 lat, a niektórzy mają z tym problem dużo dłużej. Powinni jakoś uczyć nas tego za dzieciaka :D

    • Noo, szukamy rozwiązań na zewnątrz, a trzeba się właśnie zwrócić do środka :) I jak się tam wszystko ładnie rozwiąże, to i z innymi ludźmi nagle relacje są o wiele bardziej wartościowe.
      20 lat poznawawania siebie, a mam wrażenie, że droga i tak ciągle jest długa :D Ale to akurat fajne!

  • Bardzo ważny tekst. Cały czas walczę z ,,tym co pomyślą o mnie inni”. W tym sensie, że ciągle mam wrażenie, że się nimi nie przejmuję aż do momentu, gdy ktoś mnie personalnie zaatakuje i wtedy bardzo to przeżywam.

  • wszystko prawda, też uważam, że można być szczęśliwosmutnym

  • Myślę, że to bardzo ważny tekst i piękne wnioski. Zgadzam się z Tobą, że automiłość jest przede wszystkim akceptacją samego siebie dokładnie takim, jakim się jest (w gruncie rzeczy, miłość do drugiej osoby też chyba polega właśnie na tej akceptacji co by się nie działo, prawda?). To niesamowite i bardzo wyzwalające uczucie.

  • Ale piękny wpis. :) Podziwiam, że potrafiłaś samodzielnie przejść taką drogę i rzeczywiście nauczyć się samoakceptacji, pokonując swoje najtrudniejsze cechy. Wstyd potrafi paraliżować bardzo mocno i cieszy mnie to, że pokazujesz, że można sobie z tym poradzić. Może to zainspirować wiele osób.

  • Myślę, że każdy z nas musi dorosnąć do akceptacji swoich złych emocji i nastrojów. To przychodzi z wiekiem, musisz poczuć się najgorzej, żebyś wiedziała, jak z tego wyjść. Sama bardzo źle przeżyłam swój okres dorastania (nie wiem czy to dobra nazwa, bo jego okres przypadł na pierwsze lata studiów), kiedy nie potrafiłam sobie poradzić ze złem, które siedziało mi w głowie – ze wstydem, ze smutkiem, z nieakceptacją. Po czasie spojrzałam na to z boku i wiedziałam już co robić. Wiedziałam, że smutek jest dobry, że nawet te negatywne emocje są potrzebne. Zaczęłam więcej mówić o tym co czuję i nazywać to, co kłębiło mi się w głowie. To mnie uratowało, tak po prostu.

  • Ja ciągle się tego uczę. Coraz mniej myślę o tym, co powiedzą ludzie, jednak bycie perfekcjonistką nie pomaga. Zdarzają się też sytuacje, kiedy wydarzenia z przeszłości wracają z myślą „Jak ja mogłam tak powiedzieć?” – i choć nie są to poważne sprawy, jakoś czasem ciężko je przełknąć. Myślę jednak, że dobrze jest się na to otworzyć. Tak jak piszesz, trzeba to zaakceptować i tyle. Tak samo z przejściowym letargiem. Trzeba jednak uważać, aby za bardzo w niego nie wchłonąć. Należy dać sobie czas, ale w pewnym momencie dać też sobie samemu mentalnego policzka i ruszyć z miejsca.