Paradoks szkoły

Ma człowiek te kilkanaście lat i tyle samo przedmiotów w szkole, a na każdym wciskają mu coś innego. Większość postrzega on jako jednakowo nieprzydatne. Tymczasem po latach okazuje się, że to właściwie jest bardzo ciekawe, tylko… jeśli nikt nas z tego nie rozlicza. 

 

W gimnazjum trochę gardziliśmy lekcjami plastyki. Zarówno częścią praktyczną, czyli tworzeniem prac, jak i teoretyczną, kiedy omawialiśmy epoki w sztuce. Ja też gardziłam.

Dzisiaj próbuję uczyć się rysować z Youtube’a i wyszukuję w Google obrazy van Gogha, bo pierwszy raz ktoś mi o nich ciekawie opowiedział, a była to Joanna Wrycza-Bekier w książce Magia słów. Słowami – jednak te trafiają do mnie najbardziej – namalowała światło i kolory, przekazała kontekst dla obrazów van Gogha i przytoczyła fragmenty jego listów opisujących zmagania twórcze. Jak już to opowiedziała, ja też dostrzegłam w tych obrazach więcej i spojrzałam na nie z nową świadomością. 22 lata braku zainteresowania sztuką i nagle mnie to zachwyca.

 

Przez większość szkolnej kariery gardziłam biologią. Na co mi to w życiu przecież? Dzisiaj chętnie przeszłabym jeszcze raz przez szczegółową anatomię człowieka, bo dopiero po 22 latach zdumiewa mnie, jak niezwykłe jest ludzkie ciało. To nie była wina nauczyciela ani moja, że wtedy nie potrafiło mnie to zainteresować. Ludzie w wieku lat kilkunastu są jeszcze zwyczajnie za mało dojrzali, żeby mogło ich to pochłonąć. Dzisiaj trochę nadrabiam braki i powoli zaczynam składać do kupy to, co mi gdzieś tam wpajano po drodze. Na przykład co to znaczy, jeśli w badaniu krwi wychodzi za dużo leukocytów. W sumie to mam ochotę kupić sobie jakiś ładnie wydany podręcznik do biologii dla licealistów i przeczytać go teraz czysto hobbystycznie.

 

Historią nie gardziłam nigdy, ale też nigdy się specjalnie nie pasjonowałam. Wiedziałam, że to ważne, starałam się jej uczyć i rozumieć, tylko jakoś nie mogłam wszystkich informacji złożyć w całość. Tak szybko biegło się przez poszczególne epoki, że mieszały mi się wieki, królowie i powstania. Dzisiaj znajomość historii wydaje mi się o wiele ważniejsza niż kiedyś.

Oglądam aktualnie The Crown – nowy serial Netflixa o królowej Elżbiecie II i przy okazji googluję sobie multum informacji. Jak to właściwie się stało, że Edward VIII abdykował? Czy wstępujący po nim na tron Jerzy VI to ten sam, którego sportretowano w Jak zostać królem? Jak to dokładnie było ze śmiercią księżnej Diany? Od jednej strony wikipedii do drugiej płynę po kartach historii i zaczynam wreszcie rozumieć. Łączę w całość fakty, które gdzieś mi tam po drodze ktoś wpajał. Pokolenia kolejnych władców Wielkiej Brytanii i towarzyszące temu wydarzenia składają mi się nareszcie w całość.

 

Paradoks szkoły jest taki, że kiedy wpaja nam się całą tę wiedzę ogólnokształcącą, to nie zawsze nas to interesuje. Ten etap jest mimo wszystko potrzebny, nawet jeśli pamiętamy z niektórych przedmiotów po latach może 20%. Najwięcej informacji można jednak przyswoić wtedy, kiedy się nic nie musi i powoduje nami czysta, bezinteresowna ciekawość.

Nikt mnie już nie zapyta o van Gogha ani o życie Elżbiety II. To wspaniałe, że mogę się w to zagłębiać bez presji i oczekiwań, we własnym tempie.

 

paradoksszkoly2

 

Wiecie, w którym momencie najbardziej polubiłam niemiecki? Wtedy, kiedy nie musiałam się już go uczyć. Przez pół podstawówki, gimnazjum i liceum był obowiązkowy. Nie pałałam do niego wtedy wielką sympatią i stawałam okoniem. Na studiach wybrałam lektoraty z angielskiego i hiszpańskiego od podstaw – wyglądało więc na to, że już nigdy nie będę musiała uczyć się niemieckiego!

I właśnie wtedy nabrałam na to ochoty. Kiedy już nic nie musiałam, a po prostu chciałam. Czy to kwestia przekory? Może po prostu trudno jest znaleźć przyjemność w czymś, o czym wiemy, że nas z tego rozliczą i ocenią?

Mam taką refleksję, że może ja nie potrzebuję iść na żadne studia magisterskie i licencjat z Finansów w zupełności mi wystarczy. W takim przypadku kolejne 7 miesięcy będzie ostatnimi w moim życiu miesiącami formalnej edukacji. Ta na własną rękę będzie oczywiście trwać zawsze.

 

Trochę to dziwne jest z tą szkołą, nie? Niby w życiu potrzebna, tego nie neguję, ale sama świadomość przymusu odbiera sporo z fascynacji i zaciekawienia przedmiotem. Mówiąc szkoła mam na myśli wszystkie szczeble edukacji po uczelnie wyższe włącznie – tak naprawdę zmienia się tylko poziom zaawansowania wiedzy.

Nie chodzi o system, bo nie da się zbudować idealnego. To nie jest jakaś krytyka w stronę szkół polskich, to refleksja bardzo ogólna i chyba w każdym miejscu na świecie sformułowałabym ją podobnie. Co prawda popełniłam kiedyś wpis o tym, jak dobry poziom był na mojej niemieckiej uczelni i nadal to podtrzymuję – było o wiele ciekawiej. Jednak przyczynił się do tego także urok Erasmusa, bo pewnie studiując tam przez 5 lat odebrałabym to inaczej i byłby nade mną przymus realizowania pełnych założeń programowych, a nie tylko spijanie śmietanki.

Przez jakiś czas fascynowałam się topowymi uczelniami amerykańskimi i oglądałam filmiki ludzi, którzy studiowali na Harvardzie. Ten Harvard brzmiał dla mnie tak mitycznie, jak Hogwart – na pewno wszystko tam jest idealne i magiczne! Tymczasem z lekkim zdziwieniem odkryłam, że wiele ludzi po Harvardzie robi to samo, co najlepsi studenci po uczelniach ekonomicznych w Polsce – tyle, że mają amerykańskie zarobki. Harvard, jak wspaniale by nie brzmiał, to nadal tylko szkoła. Nie ma się co do niej specjalnie przywiązywać.

Fajnie jest złapać w szkole jakąś wstępną inspirację, co w ogóle kręci nas bardziej, a co mniej – dalej natomiast rozwijać to samemu.

 

Co myślicie? I czy warto w ogóle iść na studia magisterskie, skoro już na etapie licencjatu ma się takie podejście?

 

  • Świetnie napisane. O dziwo, ja prawie zawsze się lubiłam uczyć, od zerówki. :)

  • Magdalena Stachowiak

    Ja ostatnio odkryłam jak bardzo brakuje mi matematyki, kiedy już nie muszę się jej uczyć. Teraz z chęcią porozwiązywałabym trochę zadań i równań z czystej rozrywki. Bez przymusu i świadomości, że muszę to zrobić, żeby dostać dobrą ocenę/zaliczyć semestr. ;)

    • Miałam kiedyś taką fajną nauczycielkę matematyki – prawdziwą pasjonatkę przedmiotu i opowiadała nam, jak sobie wieczorem rozwiązuje zadanka dla rozrywki :D pewnie na jakimś hardkorowym poziomie, skoro tyle studiowała matmę. I mówiła, że nie może zasnąć, jeśli nie rozpyka takiego zadania do końca… Jak widać można traktować to jako rozrywkę i przyjemne ćwiczenia dla umysłu :)

  • Elżbieta Wator

    Z jednej strony bardzo się z Tobą zgadzam. Granie na fortepianie i czytanie o historii muzyki najbardziej podobało mi się, gdy już skończyłam szkołę muzyczną. Kiedy uczyłam się na zaliczenie 100 utworów Chopina to prawie nimi rzygałam, a kiedy już zaliczyłam to na dłuższy czas weszły do mojej playlisty i ciągle do nich wracam. Z drugiej strony jednak myślę, że presja i oczekiwania, które są na nas nakładane mają sens, bo pozwalają nam się rozwijać, a w sumie to przecież o to chodzi… a moja babcia zawsze mówiła, że nie wiadomo co nam się w życiu przyda :D

    • Jeśli presja i oczekiwania są nakładane kiedy robisz to, co chcesz robić i Cię to rozwija, to jeszcze nie jest źle :P ale jak mam coś komuś ciągle udowadniać (na studiach) z przedmiotów, które nie wnoszą za dużo do mojego życia, to inaczej. Ja jestem już trochę znudzona studiowaniem, na ten moment mam ochotę z tym skończyć i pójść pracować na pełny etat.
      Ale u Ciebie sytuacja jest zupełnie inna, więc wiadomo, że każdy człowiek (i każde studia) to inna historia :) Też jedni lepiej pracują pod presją, a inni wolą sami się zorganizować i nie mieć nerwów. Jestem typowo głupio upartym zodiakalnym baranem, więc bunt do nakładanych oczekiwań mam zwiększony xD

  • Myślę, że zniechęcenie do nauki, swoiste zblazowanie, o ktorym piszesz to jednak wina polskiego systemu. W szkolach montesoriańskuch ten problem niemal nie istnieje.

    Co do studiów magisterskich… Powiem to co powiedzialam mojemu bratu (broni się na przełomie roku. Zanim pojdziesz na magisterium odpowiedz sobie po co? Licencjat daje ci wyksztalcenie wyższe niezbędne na rynku pracy do awansu na lepiej platne stanowiska.Jedynie jesli planujesz karierę naukową pęd po kolejne literki przed nazwiskiem jest zasadny.

    • No właśnie to jest to, licencjat jest już „wykształceniem wyższym” i brzmi wystarczająco okej. Pewnie masz rację i coś czuję, że tak się moja kariera naukowa zakończy.

      Te szkoły montesoriańskie intrygowały mnie już kiedyś. Widziałam na Twoim blogu, że jesteś mamą – rozważasz kiedyś posłanie dziecka do takiej właśnie nietypowej szkoły? :)

      • Bardzo bym chciała żeby Lu chodził do szkoły montesoriańskiej. Mam koleżankę po calym cyklu takiej nauki (dopiero uniwersytet miala „normalny”) i widzę różnice. Niestety jest to mało prawdopodobne, żeby udało mi się posłać Lu do takiej placówki. Przyczyna prosta. W naszym mieście nie ma ani jednej klasy idącej tym trybem nauczania, a raczej nie bedziemy wracać do wiekszego miasta, wręcz przeciwnie – marzymy o ucieczce na wieś.

        Jestem mgr inż i wiem co mówię ;) jestem też ostatnim rocznikiem który nie miał wyboru, na moim kierunku nie było jeszcze dwoch stopni, tylko jednolita pięciolatka.

        Nikt NIGDY nie zapytał mnie o prace dyplomową, o dyplom, o poziom ukończonych studiów. A pracowałam jako kierownik budowy (sic!). Raz jeden zostałam poproszona o dostarczenie dyplomu do kadr. Pracowałam juz wtedy jakis czas i złożyłam wniosek o zwiększenie wymiaru urlopu. Wtedy raz jeden zostałam poproszona o udokumentowanie wykształcenia.

      • Zawsze zdążysz zrobic magisterium albo studia podyplomowe jeżeli bedzie ci to potrzebne do kariery. Po co sie spinać i poświęcać 1,5 roku na coś co niekoniecznie wpłynie na poprawę jakości twojego życia?

  • Też miałam takie rozmyślania, że jakbym teraz chodziła do szkoły to przyłożyłabym się bardziej do niektórych przedmiotów. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w szkołach prędzej nauczysz się tego w czym jesteś słabszy, bo musisz się bardziej postarać, nauczyć do jakiejś poprawki i koniec końców to zapamiętasz, a już na to w czym jesteś dobry i co Ci się podoba nie ma czasu.

  • Bardzo dużo też zależy jednak od nauczyciela. W gimnazjum kochałam fizykę, brałam udział w olimpiadach i nauka sprawiała mi ogromną przyjemność. Myślałam, że zostanę fizykiem jądrowym. Potem poszłam na mat-fiz ze względu na fizykę. Okazało się, że nauczyciel jest beznadziejny i moja fascynacja trochę zwolniła, natomiast zakochałam się w matmie :)
    Jeśli chodzi o magisterkę, to ja radziłabym nie studiować tego samego, co na licencjacie. Wiele osób, które znam i poszły na to samo, żałuje. To nic nie daje, o ile nie jest to taki kierunek, który faktycznie dostarcza dużo nowej wiedzy :) Ja zmieniłam studia i bardzo się cieszę, bo już widzę, że otwierają mi się oczy na wiele nowych tematów :) Ale wiadomo, każda uczelnia, każde studia są inne :)

  • Moim zdaniem szkoła niszczy naszą wyobraźnię. Oczywiście w głównej mierze zależy to od nauczyciela. Niestety jak sama wspomniałaś wiedza ogólnokształcąca nie pozwala nam na naukę tego, co nam się podoba. Osobowości jest dużo, więc każdego kręci co innego. Historia na lekcjach zawsze mnie nudziła, ale w domu chętnie czytałam te elementy które mnie interesowały. Teraz na studiach widzę jak wiele tej wiedzy umknęło mi przez te wiele lat nauki, ale to nic, bo uważam że nie wszystko czego się uczyłam przydało mi się w życiu. W szkole wygląda to w praktyce tak, że klucz się musi zgadzać, zero w tym frajdy, stąd moim zdaniem to zniechęcenie.

  • Myślę, że masz dużo racji – zupełnie inaczej zdobywamy wiedzę „po godzinach”, w ramach pasji, a zupełnie inaczej, kiedy robimy to z przymusu. Z drugiej strony wydaje mi się, że jednak takie przymusowe zdobywanie wiedzy, która potem będzie weryfikowana, wiąże się z zupełnie innym poziomem motywacji. I chociaż w liceum gardzimy jakimiś przedmiotami, to jednak takie absolutne podstawy zostają w głowie – a jeśli po kilkunastu latach nagle Ci się przypomną, nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć rozwijać je dalej na własną rękę :)

  • Dla wielu z nas szkoła to coś nieprzyjemnego także ze względu na konflikty z rówieśnikami, nauczycielami, presję itp. W takich warunkach trudno o to, aby uczyć się z pasją. Masz rację co do tego, że czasem lepiej zdobywać wiedzę na własną rękę i zdobywać praktyczne umiejętności. Ja w ogóle dosyć sceptycznie podchodzę do studiów jako fundamentu kariery, w moim przypadku nie na wiele się zdały przy poszukiwaniu pracy i żałuję, że nie wybrałam zaocznych. Także wiesz, chyba kiepski ze mnie doradca. :)

  • hermiona158

    Ja pod koniec studiów inżynierskich miałam ich już dość, ale wszyscy mówili że to bez sensu teraz przetuwać i że to tylko półtora roku itp. Sama też myślałam że to może przez zmęczenie pisaniem pracy inżynierskiej i sesję, no i że to faktucznie bez sensu bo ja teraz tego nie zrobię to później już też nie. I poszłam na te studia, ale hak tak teraz myślę to był to błąd. Nie żałuję bo widocznie tak miało być i może mi coś się z tego przyda kiedyś, ale drugi raz bym tego nie zrobiła. Zwłaszcza że w sumie to nie wiem czy chcę pracować w zawodzie :D właściwie to dalej szukam jakiejś swojej ścieżki i tak sobie myślę ze ta turystyka którą mi wszyscy odradzali byłaby lepsza dla mnie, bo ostatnio mnie bardzo interesuje :)
    Także nie odradzam, ale polecam przemyśleć ;)

    • Z drugiej strony, to co można robić po turystyce da się robić bez dyplomu z niej – a to, co po studiach inżynierskich, pewnie nie. Przynajmniej masz kilka awaryjnych wyjść i różne ewentualne umiejętności/wiedzę w zanadrzu :) Ja tak traktuję moje Finanse – nie planuję kariery w tej dziedzinie, ale daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa fakt, że znam się na tym trochę i zawsze mogę się złapać do pracy choćby w rachunkowości. Gdyby mi już nic innego w życiu nie wyszło :D Plan „A” jest inny, ale jest też mało bezpieczny, więc może warto mieć alternetywy dla samego komfortu psychicznego.
      Próbuj z tą turystyką na własną rękę, zdobywaj informacje, które Cię interesują i doświadczenie w kursach na przewodników itp. – może akurat to jest dla Ciebie :)