Moje pierwsze 7 prac

Jakiś czas temu wśród blogów krążył tag #myfirst7jobs – jeden z ciekawszych tagów, jakie do tej pory spotkałam. Trochę późno, ale też postanowiłam się go podjąć. Opowiem dziś o pierwszych siedmiu pracach w moim życiu, a także – czego się z nich nauczyłam i w jaki sposób mnie ukształtowały.

 

 

1. Sieć fast food

Bardzo pierwsza praca. Ja – tuż po liceum, przed oficjalnym rozpoczęciem studiów, totalny świeżaczek. Nie miałam nawet rozeznania, jak zdobywa się porządną pracę, więc wzięłam tę łatwo dostępną: przygotowywanie jedzenia w jednej z największych sieci fast food. Miałam pozytywne nastawienie i dużo dobrych chęci, ale też byłam trochę nieogarem. Starałam się jak mogłam, a jednak ciągle słyszałam, że wszystko robię zbyt wolno. Moje miejsce pracy było na głównym dworcu, oblegane praktycznie cały dzień – dla kuchni oznaczało to nieustanny pośpiech, chaos i robienie kilku rzeczy naraz w szalonym tempie, któremu ja nie umiałam dorównać. Chodziłam na zmiany po 9 godzin, ciągle na stojąco, z jedną 15-minutową przerwą. Prawie wszyscy moi koledzy mieli doświadczenie powyżej roku i zasuwali rękami jak maszyny, coś naprawdę imponującego – ja odstawałam wydajnością pracy, więc nikt się nie cieszył, będąc ze mną na zmianie. Zdarzały mi się też gafy, które tylko podkręcały niechęć do nowej. Skoro mnie nie lubiano i kierowano w moją stronę wiele złośliwości, szybko zaczęłam się tam czuć koszmarnie. Wytrzymałam jakoś dwa miesiące, przy czym pod koniec szczerze nienawidziłam tej pracy i poczułam ogromną ulgę, kiedy z niej odeszłam. Był to początek moich studiów, dobry moment do następującej lekcji: dziewczyno, ucz się, rozwijaj i dąż do ciekawej pracy intelektualnej, bo do miejsc takich jak to się zwyczajnie nie nadajesz. Serio – gdybym miała tam wrócić, byłabym najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie i rozsiewałabym wokół wyłącznie frustrację. Do dziś szczerze podziwiam osoby pracujące w gastronomii: to jest działka pełna stresu i krzyku, przynajmniej w tych bardzo obleganych miejscach z zabójczym tempem pracy.

 

2. Obsługa sali w strefie gastronomicznej

Postanowiłam dać pracy w gastro jeszcze jedną szansę. Niestety – choć charakter stanowiska był inny, niż ten w punkcie pierwszym, to nadal chodziło o miejsce bardzo popularne i wiecznie oblegane. Czytaj: dla załogi stres, pośpiech i całodzienne bieganie tam i z powrotem. Sytuacja się powtórzyła: nie umiałam nadążyć za nieprawdopodbnym tempem robienia kilku rzeczy naraz i posiadania trzech par rąk. Moi koledzy – znowu w większości z długim stażem, patrzący nieufnie na każdą nową osobę, najczęściej byli niemili. Szefowa: zaprzeczenie dobrego lidera. Wisienką na torcie była jednak dziewczyna, z którą miałam większość zmian – z niezrozumiałych dla mnie powodów darzyła mnie nieuzasadnioną nienawiścią i robiła wszystko, bym zrezygnowała z pracy. Na samą myśl o kontakcie z nią robiło mi się niedobrze. Osiągnęła swój cel: poczułam się paskudnie i odeszłam, gdy tylko była możliwość. Ulga, że nie muszę z nią już nigdy więcej obcować, była jeszcze większa, niż ta z punktu pierwszego. Po tej przygodzie pomyślałam: nigdy więcej gastro! Może jestem cieniasem, ale tam się po prostu nie sprawdzam. Naprawdę bezgranicznie podziwiam ludzi, którzy pracują w tym zawodzie z uśmiechem na ustach.

 

3. Promowanie marek jako hostessa

Kilka razy podjęłam się promowania różnych firm w supermarketach bądź na targach. Niektóre doświadczenia były fajne – przykładowo na targi o określonej, wąskiej tematyce przychodzą niemal wyłącznie osoby zainteresowane, więc kontakt z nimi ma sens. Chcą się dowiedzieć więcej, sami podchodzą do stoisk i faktycznie można nawiązać pozytywną więź – klienci wychodzą z danym produktem i są bardzo zadowoloni. Jeśli promuje się markę w miejscu z dobrą grupą docelową, to nie musimy się specjalnie narzucać ludziom, bo oni już na wejściu są bardziej otwarci i zainteresowani. Na tym można rzeźbić, taką pracę lubię! Nie jest to już wciskanie komuś czegoś na siłę, tylko przekonujące opowiadanie o produktach, które mogą rozwiązać czyjś problem.

Inna sytuacja w tej samej branży – promowanie marki w markecie/centrum handlowym, zaczepiając ludzi, którzy w 90% w ogóle nie są nami zainteresowani. To jest już czyste narzucanie się i tego bardzo nie lubię – na pewno więcej się podobnej pracy nie podejmę, chyba żebym przymierała głodem. Ludzie cię olewają, odwracają wzrok, czujesz się paskudnie i całe to zajęcie nie ma sensu. Praca jako osoba promująca może być fajna w tym pierwszym opisanym wyżej przypadku – tej w drugim raczej nie polecam.

 

4. Składanie ulotek w drukarni/inne prace manualne

Kilka razy zdarzyło mi się podjąć zlecenia polegające na tym, że siedziało się wygodnie przy stole i jak robot zwijało w rękach jakieś ulotki, wkładało coś do kopert, pakowało i tym podobne. Raz z dwiema dziewczynami miałyśmy przez tydzień zwinąć 12 tysięcy ulotek w pewnego rodzaju małe książeczki. Typowa praca maszyny – wyłączony mózg i pracują tylko ręce, ale wiecie co? W jakiś sposób to było relaksujące. Może trochę bolał nas po całym dniu kręgosłup i nadgarstki, ale nie była to ciężka praca. Składając papier można sobie spokojnie rozmawiać i słuchać muzyki, bo głowa swoje, ręce swoje – poza tym odkryłam, że lubię od czasu do czasu takie prace manualne. Powtarzając określone czynności, wpada się w pewien trans – to prawie jak medytacja:P Wiadomo, że bardziej opłacalna jest zwykle praca intelektualna, ale fajnie się czasem odmóżdżyć i porobić coś typowo mechanicznego, przy czym w ogóle nie trzeba myśleć. Raz na jakiś czas lubię być robotem. Nie zawsze rutyna i monotonia danego zajęcia jest zła, ale z podkreśleniem: raz na jakiś czas.

 

5. Przeprowadzanie ankiet w domach

To praca, która trwała tylko jeden dzień i w której nie zarobiłam ani grosza, ale miała dla mnie pewne symboliczne znaczenie. Po tym doświadczeniu postanowiłam nie pracować więcej na jakimkolwiek stanowisku, które jest sprzeczne z moimi wartościami. Do rzeczy sprzecznych z moimi wartościami zaliczam na przykład narzucanie się ludziom i nawiedzanie ich w domach w celu wzięcia udziału w jakimś badaniu. Ja tego nie lubię, więc czemu mam to robić komuś? Pieniądze za to były niezłe i to mnie przez chwilę przekonało – po jednym dniu rzuciłam jednak temat kompletnie, bo czułam się z tym obrzydliwie. O pracy zgodnej z naszymi wartościami pisałam już sporo w tym poście.

 

6. Udzielanie korepetycji

Praca, która dała mi niesamowicie dużo – zarówno wniosków, jak i satysfakcji. Odkryłam, że uwielbiam pracować z ludźmi w takiej nastawionej na rozwój relacji, szczególnie z młodzieżą. Nic nie sprawia mi większej radości niż sytuacja, kiedy uczeń mówi, że dzięki mnie polubił naukę angielskiego. Pierwszy raz w życiu, bo dotąd była dla niego smutną koniecznością! To dla mnie satysfakcja jak do Honolulu i z powrotem – widzieć czyjś rozwój, coraz większe zaangażowanie i wdzięczność.

Nie chciałam się kształcić na nauczyciela, bo to słabe zarobki i trudny rynek pracy, ale zawsze czułam do tego ciągoty. Być może wykorzystam to w innym charakterze – nie w szkolnictwie publicznym, ale na tematycznych szkoleniach i warsztatach. Warsztaty dla szerszej grupy odbiorców też miałam okazję prowadzić i zawsze było super. To jest miks wrażeń, bo jednocześnie mnie to stresuje i daje ogrom satysfakcji – w takich momentach ze spokojnego introwertyka potrafię się zamienić w rakietę. To te rzadkie momenty, kiedy coś mnie angażuje na 200% i wydobywam z siebie pokłady energii, o które większość osób może mnie nie podejrzewać. Jest w tym jakiś paradoks, bo chociaż jestem totalnym domatorem, to lubię występować przed publicznością (jeśli inicjatywa jest zacna, nie myślę tu o przymusowych prezentacjach na studiach).

 

7. Pomoc księgowa w biurze rachunkowym

Pierwsza praca związana jakoś z moim kierunkiem studiów. Chociaż wykonywałam tam proste czynności, to nauczyłam się całkiem sporo, choćby ze słyszanych przez cały dzień rozmów. Wiele rzeczy omawiało się w biurze głośno, często chodziło o ciekawe i złożone przypadki z praktyki gospodarczej. Wszyscy byli też dla mnie mili i chętnie tłumaczyli, o co tylko zapytałam.

Praca w księgowości to nie jest coś, co chciałabym na dłużej robić, ale warto było zebrać to doświadczenie. Przez kilka miesięcy może być całkiem ciekawie, przez kilka lat – mogłabym wyzionąć ducha. Wspominam ten okres miło głównie ze względu na dobrą atmosferę w biurze: tak naprawdę to był pierwszy raz, kiedy grupa starych pracowników ciepło przyjęła mnie jako nową w danym miejscu. Zdałam sobie wtedy sprawę, jak ogromną rolę ma atmosfera w pracy. Jeśli ma się super zarobki i takich współpracowników, że na samą myśl o pójściu do pracy robi się niedobrze, to ja dziękuję. Dobry zespół jest niesamowicie ważny i dzisiaj widzę to bardziej niż kiedykolwiek. 

 

Tak przedstawia się moje pierwsze siedem prac. Oprócz tego były też w moim życiu dwie duże organizacje studenckie i wiele pobocznych projektów, w których nauczyłam się przynajmniej drugie tyle, co w podjętych pracach. Jakie płyną z tego wnioski? Totalnie warto próbować wszystkiego. Może to się komuś wydawać głupie, ale smażenie frytek też potrafi prowokować do refleksji. Nie żałuję ani smażenia frytek, ani mycia stołów – nawet jednej spędzonej nad tym godziny. Gdybym tego nie robiła, byłabym dzisiaj inaczej myślącym człowiekiem.

Szanuję każdą pracę i nigdy nie usłyszycie ode mnie żartów o ludziach po socjologii pracujących w fast foodach. Ja sama na wielu polach nie podołałam i miałam okazję się o tym przekonać. Nic tak nie kształtuje człowieka jak porażki, z których wyciąga się lekcje! Oprócz tego odkryłam też swoje mocne strony, na których chcę dalej budować.

Aktualnie nie pracuję nigdzie, skupiam się w tym semestrze na rozwoju własnym i nauce. Większość moich studiów spędziłam w biegu – między uczelnią, pracą a organizacjami studenckimi – teraz natomiast odbywam czas ostatecznej refleksji i szkolenia umiejętności, by po obronie licencjatu odpalić możliwości zawodowe z grubej rury. By było tak, jak lubię – i na moich zasadach.

 

Jakie były Wasze pierwsze prace i czego Was nauczyły?

  • Elżbieta Wator

    Wiesz, co myślałam pierwszego dnia pracy w Re., chwilę po tym kiedy się pożegnałyśmy?
    ” dziewczyno, ucz się, rozwijaj i dąż do ciekawej pracy intelektualnej, bo do miejsc takich jak to się zwyczajnie nie nadajesz.” dokładnie coś takiego. Ale teraz po prawie dwóch przepracowanych tam miesiącach powiem Ci, że i tam można się wiele nauczyć.
    Nie wiem, czy z moich prac naliczyłabym już 7 miejsc: może tak, może nie. Na słuchawce zdecydowanie nauczyłam się najwięcej – nie wiem czy to dlatego, że była to moja pierwsza praca, czy dlatego, że trafiłam na naprawdę wartościowych liderów. Automotywacja, wyznaczanie celów, planowanie i „ciągłe” zaczynanie od nowa (nowy klient = nowa szansa). Myślę, że bardzo dużo mi ta praca dała. Pewnie dlatego po roku tam wróciłam. Chociaż wtedy już nauczyłam się mniej.

    Ściskam Cię mocno i nie mogę się doczekać aż się zobaczymy :)
    E.

    • Moim zdaniem praca na słuchawce wymaga naprawdę żelaznej wytrzymałości psychicznej, więc szacun dla Ciebie. Miałam okazję spróbować i szybko się poddałam. Na pewno to zajęcie uczy sprzedaży i negocjacji jak mało co, a to umiejętności przydatne w życiu na każdym kroku, więc dobrze zainwestowałaś ten czas :) W R. to też pewnie mała szkoła życia.

      Buziaki milion! :)

  • Piątka! Też pracowałam w fastfoodzie, tym największym, też po maturze i też smażyłam między innymi frytki. Wrażenia mam dokładnie takie same jak Ty, z tym, że chodziłam głównie na zmiany 12godzinne… Źle się tam czułam, strasznie mnie ta praca męczyła i nawet dni wolne nic mi nie dawały, bo odpoczywałam po tych długich zmianach i powrotach czasem nawet po 3 w nocy. Chociaż ta praca to była dla mnie MASAKRA, to na pewno jej nie żałuję, zobaczyłam, jak to wygląda od kuchni i zarobiłam swoje pierwsze prawdziwe pieniądze, za które później kupiłam sobie dobrego laptopa. Laptopa co prawda niedługo po zakupie mi ukradziono, ale doświadczenie życiowe pozostaje ;) Jedyne może czego żałuję, to tego, że wolałabym robić to w inne wakacje, niż te NAJLEPSZE pomaturalne, bo teraz kojarzą mi się głównie z tą pracą, która pochłonęła mi ich większość.

    Co do tej dziewczyny, która tak dała Ci w kość, to naprawdę nie mogę zrozumieć, jaki ludzie mają interes w takim zachowaniu… A jeżeli nie mają żadnego interesu, to dlaczego potrafią być takimi świniami?

    • Mamy zadziwiająco dużo punktów wspólnych w życiorysie, być może jesteś moją zagiętą w czasoprzestrzeni siostrą bliźniaczką :D

      Te wakacje pomaturalne mają trochę napompowaną sławę „najlepszych w życiu” i moim zdaniem lekko wywierają presję, żeby koniecznie zrobić coś szalonego i objechać całą Europę lub coś w tym stylu :P Jest to oczywiście fajne, ale takie rzeczy można zrobić zawsze – w każde inne wakacje. Nie ma co żałować, widocznie takie a nie inne wydarzenie miało się pojawić dokładnie w tym momencie życia. Dobrze, że tam pracowałaś – i że to za Tobą, bo już nigdy nie będziesz:)

  • Czytając posty na ten temat, coraz bardziej uświadamiam sobie, że duże miasto lub jego bliskość daje większe możliwości.

  • Przeszłam wszystkie te stanowiska, miałam ich tyle, że chyba bym nie spamiętała wszystkich. I mam tylko jedno wspomnienie z każdej – MASAKRA :)

  • Pamiętam moją pierwszą poważną pracę. Jako studentka poszłam do jednej z redakcji i spytałam się, czy mogę u nich pracować. Kazali przyjść w poniedziałek ;)