Czy powinno się mówić o dużych planach głośno?

Na swoim wykładzie motywacyjnym Łukasz Jakóbiak powiedział kiedyś coś w rodzaju: Wolę mówić o swoich marzeniach na głos i publicznie, bo wtedy istnieje szansa, że usłyszy to ktoś, kto pomoże mi je zrealizować.

Może sformułował to odrobinę inaczej, ale taki był mniej więcej sens – wykład miał miejsce ponad 2 lata temu na poznańskim SWPSie, więc minęło trochę czasu. Mimo wszystko, utkwiło mi to jedno zdanie w pamięci. W jakimś stopniu się z nim zgadzam i widzę uzasadnienie, ale – no właśnie, ale! – mam jakoś kilka zastrzeżeń.

W tym wpisie, jak w paru poprzednich i wielu następnych, będę używać słów plany i marzenia zamiennie – bo dla mnie to niemal to samo. Przy czym myślę tu o planach trochę większych, bardziej w stylu awansu zawodowego, nauczenia się nowego języka lub wydania książki niż przygotowania sobie zdrowego posiłku na następny dzień do pracy. Ten ostatni też jest bardzo ważny, ale jednak o wiele łatwiejszy do wykonania, stąd możemy poinformować o takim planie innych bez większego ryzyka.

Co innego, kiedy ogłaszamy publicznie coś dużego.

Niektórzy psychologowie twierdzą, że kiedy mówimy o swoich planach głośno, zmniejszamy prawdopodobieństwo ich zrealizowania. Dzieje się tak rzekomo dlatego, że samo powzięcie ambitnego zamiaru i podzielenie się nim z innymi daje zastrzyk ekscytacji, który szybko się wypala. Jest na ten temat krótki TED:

 

 

Z kolei niektórzy tak zwani kołczowie twierdzą coś wręcz przeciwnego. Zachęcają do dzielenia się swoimi marzenio-planami głośno – bo stworzymy sobie wtedy presję sprawiającą, że szybciej weźmiemy się do pracy. Znałam kiedyś osobę postępującą właśnie w ten sposób i odnoszącą świetne rezultaty. Mówiła, że kiedy już zobowiąże się do czegoś przed ludźmi, to głupio jej będzie tego nie dotrzymać. Więc dotrzymuje.

Czytam sporo blogów i zauważam taką lekką tendecję wśród osób lubiących pisać, że czasami więcej mówimy, niż robimy :) Ja na pewno tak mam. W styczniu widać falę postów o planach na 2017 – sama lubię o tym czytać i lubię snuć własne, ale wiem, że wiele z nich utknie na mieliźnie i jest to całkiem naturalne. Czy publikowanie tego nam bardziej pomaga, czy szkodzi?

 

Niedawno był u Pani Swojego Czasu konkurs, w którym można było wygrać dostęp do kursów i wszystkie produkty PSC. Ponieważ cenię bloga Oli i wiem, że zna się na organizacji czasu jak mało kto, chętnie bym sobie w tym konkursie wygrała i przygarnęła te piękne planerki, kalendarze i dostępy do kursów. Zadaniem było jedynie opowiedzenie o swoich planach na 2017 i opisanie, w czym konkretnie produkty PSC miałyby nam pomóc – to wszystko najlepiej w formie krótkiego filmiku lub notki na własnym blogu, jeśli się posiada.

Najpierw pomyślałam: łuhuuł, zgarnę tę nagrodę! Mam tyle ambitnych planów na 2017, opowiem o nich ciekawie i musi się udać! Nie bardzo podobała mi się jednak myśl, że jeśli opublikuję je na blogu, to w przypadku ich niezrealizowania, będzie wielka zielona porażunia. Nie mam nic przeciwko porażuniom tak generalnie, ale nie chciałabym, żeby ktoś mi coś w moich chwilach słabości wypominał. Gdy marudzę, że mam nieefektywne dni, w których głównie oglądam pod kocem Sherlocka i jem czekoladę, a ktoś mi tu: a pamiętasz jak mówiłaś, że będzie tak i tak? To już lepiej, żeby moje szczegółowe plany na 2017 pozostały niespodzianką, która może się udać lub nie.

Mogłam też zrobić filmik i wysłać go na konkurs prywatnie, z zastrzeżeniem o niepublikacji. Było dużo innych możliwości bez upubliczniania planów, dało się – ale ostatecznie nie wzięłam udziału wcale. Może ktoś potrzebuje tej wygranej bardziej. Może znalazłam wymówkę, że teraz przede mną sesja, nauka, trzeba się skupić na innych rzeczach. Może wcale nie chce mi się teraz wychodzić ze swojej strefy komfortu, bo jest mi w niej ciepło i wygodnie. Jakbym przypadkiem niechcący wygrała, to trzeba by już to zaangażowanie pociągnąć dalej, pokazać efekty swojej pracy nad sobą, dać z siebie więcej – a kiedy robi się to samemu i bez niczyjej wiedzy, można sobie zawsze odpuścić. W razie wtopy, nikt nic nie wie.

Gdzie jest granica pomiędzy byciem dla siebie wymagającym, a byciem wyrozumiałym?

W jakich proporcjach należy się systematatycznie kopać w pupsko i brać do pracy, a w jakich głaskać po głowie i nakrywać ciepłym kocykiem?

 

Oto moje pytania egzystencjalne na dziś!

 

  • Wydaje mi się, że dużo zależy od nas samych. Np. widzę w moim otoczeniu, że niektórzy mówią o swoich wielkich planach i na mówieniu się kończy, a inni jak coś powiedzą to ich to motywuje do działania.

  • Wydaje mi się, że im jestem starsza tym łatwiej mi te proporcje znaleźć, bo też szybciej robię się zmęczona, a to dla mnie doskonały wyznacznik tego, jak powinnam działać. I rozumiem Twoją niechęć do dzielenia się planami publicznie, bo moim zdaniem to też nie zawsze działa tak dobrze, jak w teorii powinno. Wszystko zależy od tego, jak trudne jest zadanie, jak bardzo jest dla nas osobiste, jak wiele wysiłku musimy włożyć w to, żeby je zrealizować. Nie mam nic przeciwko opowiadaniu innym o tym, że chciałabym w maju wyjechać na urlop nad morze (co dla mnie jest sporym planem, bo nie byłam na wakacjach od wielu lat). Ale te ukochane, najbardziej okupione lękiem i najtrudniejsze marzenia zostawiam dla siebie. Kiedy się uda, nie będę musiała się chwalić.

    • No właśnie, bardzo dobrze to ujęłaś :) I ze skalą marzeń, i ze zmęczeniem jako wskazówką, co powinniśmy zmienić i jak działać. „Ale te ukochane, najbardziej okupione lękiem i najtrudniejsze marzenia zostawiam dla siebie. Kiedy się uda, nie będę musiała się chwalić.” -> dokładnie. <3

  • Kurcze, nie zastanawiałam się nad kwestią publikacji lub nie swoich planów. Znaczy, nie jest tak, że ich nie napisałam publicznie. Na szczęście nie miałam do siebie pretensji o niespełnienie czegoś, ale… Szukałam usprawiedliwienia, co do tego nie mam wątpliwości.

  • Z własnego doświadczenia wiem, że publiczne dzielenie się planami często przynosi skutek odrotny od zamierzonego – chociazby dlatego, że znajdzie się zawsze paru „uprzejmych”, którzy zrobią wszytsko, by człowiekowi dokopać. Oczywiście jest to kwestia indywidulana – wiele też zależy od tego, kto znajduje się wnaszym otoczeniu.

  • Ja chyba też zaliczam się do grupy tych, którzy o swoich planach nie lubią mówić głośno. I podejrzewam, że to całkiem liczna grupa – często mówi się przecież, by „uważać, żeby nie zapeszyć”. Kilka razy zdarzyło mi się, że kiedy czułam się ze swoimi wielkimi planami wyjątkowo bezpiecznie i pewnie, nagle przychodziło COŚ, wywracało moje życie do góry nogami i zostawiało mnie z poczuciem wstydu. To w sumie bardzo przykre, jak łatwo przekuć swoje niezrealizowane projekty w wielką porażkę.

  • Chyba najlepiej posłuchać siebie. Jedni z nas dostają motywacyjnego kopa i energii do działania, kiedy powiedzą głośno o swoich planach, a inni wolą działać, nie mówiąc zbyt wiele. To co jednych motywuje, innych może zdemotywować i sprawić, że poczują na sobie presję. Każdy z nas zna siebie najlepiej i wie, co na niego zadziała, a co nie :)

  • Natalia, jej jaki dobry wpis. Nawet nie wiesz jak ten temat jest mi bliski – sama zastanawiałam się nad wzięciem udziału w tym konkursie, ale ostatecznie stwierdziłam, że jednak nie. Ilekroć mówiłam głośno o swoich planach, tyle razy nic z tego nie wychodziło. nie wiem czemu – czyżby ten nadmierny zastrzyk ekscytacji? A może zapeszyłam? Dużo było rozkminek na ten temat- ostatecznie stanęło na tym, że jeśli będę konsekwentnie realizować swój plan przez najbliższe 4 miesiące, wtedy będzie o czym mówić. Póki jest to w zupełnych powijakach, to nie ma co ludziom głowy zawracać.

  • To chyba zależy czego kto potrzebuje. Nie jeden w takich publicznych ogłoszeniach rzeczywiście widzi dla siebie szansę raz na to, że zobowiązanie bardziej go zmotywuje do działania, bo przecież obiecał. Dwa może rzeczywiście znajdzie się ktoś kto pomoże. Ale jeśli ktoś nie czuję tego, że publiczne deklaracje coś mu dadzą, albo zwyczajnie nie chce to nie ma co się przymuszać, bo ktoś gdzieś tak powiedział. Wiele jest pomocy, wiele inspiracji, ale to wszystko trzeba brać z przymrużeniem oka. Co się dla nas nada to zabrać, co nie pasuje zostawić dla innych. :)

  • Grunt to chyba odnaleźć równowagę. Są takie plany, którymi warto się podzielić z innymi, zwłaszcza z tymi, którzy dobrze nam życzą i są w stanie pomóc nam w ich realizacji. Są takie plany, i przede wszystkim takie osoby, w przypadku których publiczne deklaracje faktycznie stanowić będą motywację do dalszej pracy. Skoro wszyscy o tym wiedzą- to muszę działać. Dla niektórych podzielenie się planami publicznie będzie stanowiło tak naprawdę czynnik stresogenny i może tak naprawdę zniechęcić nas do tego, co sobie zamierzyliśmy. Warto wsłuchać się w siebie, próbować, w czym się najlepiej odnajdujemy, czym chcemy się dzielić, a co wolimy zostawić dla siebie. Takie moje zdanie :)