Przyjemna i efektywna nauka języków. Moje sposoby

Generalnie to jestem w życiu hedonistką. Wszystko, co robię, musi być chociaż trochę przyjemne, jeśli mam to traktować poważnie i naprawdę się do tego przyłożyć. Tyczy się to także nauki, w tym nauki języków obcych. Zasada pierwsza brzmi: ma być przyjemnie! Takie też metody przedstawiam przed Wami.

 

Przez szkolne lata tradycyjne sposoby nauki nie wzbudzały we mnie wielkiej ekscytacji. Zawsze miałam pewną niechęć do suchego uczenia się gramatyki i wymagań nauczycieli, żebym starała się być bezbłędna. Miałam poczucie, że gramatykę powinno się wchłonąć jak małe dziecko – z otoczenia – zapewniając sobie po prostu odpowiednio dużo praktyki. Dobrze jest zajrzeć do reguł gramatycznych od czasu do czasu, wyjaśniając sobie jakąś zależność językową, którą się wcześniej samemu zauważyło – ale nie skupiać się na tych regułach cały czas. Nie jestem też za uczeniem się słownictwa w oderwaniu od kontekstu, nie przemawiają do mnie fiszki (choć przyznaję, mam kilka kompletów i sumiennie je wypróbowałam), nawet zmniejszyła się moja sympatia do aplikacji językowych (Duolingo, Memrise). Do tych ostatnich może jeszcze wrócę, ale na pewno nie jako główne źródło nauki – raczej urozmaicacz od czasu do czasu. Więc jak się uczę?

 

SŁUCHANIE

Kiedy ponad rok temu męczyłam się z nauką niemieckiego i marudziłam, że wolno mi to idzie, a efektów nie widać, zaczęłam się zastanawiać: jak właściwie nauczyłam się angielskiego? Przypomniałam sobie moment, kiedy w gimnazjum odkryłam youtubowy kanał Michelle Phan. Jej filmy były głównie o makijażach, ale bardzo dużo w nich mówiła. Mając 14 lat rozumiałam z tego tylko pojedyncze słowa, ale tak mi się podobało, że chłonęłam każdy film po kilka razy dla samego obrazu. Od Michelle Phan przeszłam do innych amerykańskich youtuberek i chociaż nadal rozumiałam piąte przez dziesiąte, chłonęłam obraz i ich przyjemne barwy głosu. W międzyczasie uczyłam się w szkole tradycyjnymi metodami, więc tak naprawdę przeplatałam sobie kilka źródeł nauki. Mój słuch coraz bardziej się wyostrzał, z potoku niezrozumiałych zdań wyłapywałam całe frazy, dłuższe i dłuższe… W pewnym momencie zauważyłam, że ja prawie wszystko rozumiem. To oczywiście wymagało wielu miesięcy bardzo częstego słuchania, ale zupełnie nie bolało!

 

OD ŚWINKI PEPPY DO GOSSIP GIRL

Idąc tym tropem, postanowiłam wypróbować tę metodę na niemieckim. Ponieważ mój niemiecki w momencie startu był więcej niż marny, musiałam zacząć z czymś naprawdę prostym. Padło na Świnkę Peppę – bajka dedykowana 4-latkom okazała się dokładnie moim poziomem. Z czasem doszedł trochę trudniejszy Der Kleine Nick oraz Meine Freundin Conni, próbowałam też niemieckiego Kubusia Puchatka. Wszystko to jest dostępne na Youtube, wystarczy wpisać Peppa Pig auf Deutsch albo coś w ten deseń. Oglądałam to regularnie po 30 minut dziennie, czasami sprawdzałam znaczenie pojedynczych słówek. W międzyczasie chodziłam też na kurs językowy – nie było to bez znaczenia, ale dzisiaj uważam, że można nauczyć się języka nawet bez żadnego kursu.

W marcu zaczął się mój Erasmus w Niemczech i wtedy wykupiłam sobie dostęp do ich Netflixa. Bajki stawały się dla mnie zbyt łatwe, przeszłam więc na seriale dla nastolatek. Zaczęłam pochłaniać Plotkarę z niemieckim dubbingiem (Niemcy swoją drogą dubbingują wszystko), po parę odcinków dziennie. Rozumiałam jakieś 30% dialogów, ale nie przeszkadzało mi to – pojawiały się konteksty, mózg kodował określone zwroty w określonych sytuacjach. Czasami sprawdzałam słowa w google translate, ale głównie po prostu chłonęłam treść. Kilka miesięcy później ze zdziwieniem odkryłam, że ja rozumiem z tych odcinków prawie wszystko! Jasne, dołożył się też do tego czas w Niemczech, język słyszany na ulicach, cotygodniowe konwersacje, ale to regularne słuchanie bardzo podkręciło mi tempo.

 

SEDNO

Znajdź coś, co Cię interesuje i do czego nie musisz się zmuszać. Kilku moich kumpli nauczyło się angielskiego z gier wideo, to też jest sposób! Ja akurat tak się nie uczyłam, więc nie rozwinę tematu, ale jeżeli jesteś graczem – zobacz, czy nie zainteresowałaby Cię jakaś gra w języku, którego chcesz się nauczyć. W kwestii nauki z filmów, wystarczy Youtube. Tam naprawdę jest wszystko – na każdy temat i w każdym języku.

Wybierz kanał, który przyjemnie Ci się ogląda i nawet jeżeli rozumiesz tylko piąte przez dziesiąte, nie irytuj się tym. Pozwól, żeby Twoje uszy nauczyły się oddzielać z szybkich potoków wypowiedzi pojedyncze frazy, po prostu skup się i oglądaj, dzień po dniu. Znajdź muzykę w tym języku – taką, której dobrze Ci się słucha. Puszczaj ją w tle tak często, jak to możliwe, czasami śledź tekst razem z wokalistą. Poszukaj radia internetowego w tym języku – niech sobie leci, kiedy Ty na przykład zmywasz naczynia. Otaczaj się tym codziennie, niech ucho stopniowo się wyostrza.

 

CZYTANIE

Żeby słuchanie było efektywne, musi być w międzyczasie podsycane czytaniem. Polecam zainwestować w książkę zamówioną w księgarni językowej – normalną, fabularną książkę, która będzie w miarę dopasowana do Twojego poziomu zaawansowania. Moja strategia jest taka, żeby użyć do tego celu powieści już dobrze znanej i lubianej. Takiej, którą czytało się po polsku i doskonale się pamięta, co tam jest. U mnie dobrze sprawdził się Harry Potter. Znam tę książkę praktycznie na pamięć, więc dużej części nieznanych mi słów nie musiałam nawet sprawdzać w słowniku – po prostu pamiętam, jaki przedmiot ktoś wyciągnął z kieszeni w danym rozdziale albo z czego zrobiona jest różdżka Harry’ego.

To ogromny plus, bo sięganie do słownika zbyt często jest frustrujące. Czytając książkę, napotykam nowe konstrukcje zdaniowe i dopiero wtedy sprawdzam je w regułach gramatycznych. Mechanizm najpierw napotykam a dopiero potem sprawdzam, dlaczego tak jest działa lepiej niż najpierw nauczę się zasady gramatycznej, choć jeszcze nie widzę, do czego mogłaby mi być potrzebna. Reguły sprawdzam z potrzeby chwili, nie uczę się ich na wyrost.

Czytam dwiema metodami. Czasami płynę po tekście i ignoruję te 10% słów, których nie rozumiem, próbując domyślić się ich z kontekstu. Innym razem czytam uważnie, zwracając uwagę na konstrukcje i namyślając się dłużej, sięgam do słownika i robię tłumaczenia na marginesach. Te dwie metody polecam stosować wymiennie.

 

PISANIE I MÓWIENIE

Nauczyć się języka biernie jest dużo łatwiej niż aktywnie. Wiele osób dużo rozumie w danym języku, ale nie potrafi równie ładnie odpowiedzieć. Mówienie to ciężki orzech do zgryzienia, ale daje dużo satysfakcji, kiedy zaczynamy się dogadywać! Dobrze jest zacząć od mówienia do siebie. Opowiadania sobie, co nas dzisiaj spotkało albo co właśnie robimy – najpierw można to zapisać, pomagając sobie słownikiem, a później na głos zreferować bez patrzenia. Jeśli zabraknie Ci pomysłów, o czym by tu sobie monologować, Ania z bloga Blue Kangaroo stworzyła ciekawe wyzwanie. Nazywa się co prawda wakacyjne, ale można je wykonać w każdym momencie. Właśnie o takie przykłady mi chodzi!

Kiedy poczujemy się bardziej pewnie, czas wyjść do ludzi. To bardzo trudny moment, przełamanie bariery w mówieniu do innych, ale właśnie ten daje najwięcej radości. Jest dużo opcji znalezienia darmowego partnera do konwersacji – zarówno w internecie, jak i w świecie rzeczywistym. Polecam środowisko Erasmusów w Twoim mieście, grupy wymiany językowej, Couchsurfing. W dalszym kroku podróż do kraju, w którym mówi się danym językiem – to dopiero daje motywacyjnego kopa!

Wszystkie wymienione przeze mnie metody najlepiej jest przeplatać w różnych proporcjach. Przyznam, że ja po niemiecku dużo więcej słucham niż czytam, mówię i piszę – stąd mam taką dysproporcję, że bardzo dużo rozumiem, a nie jestem swobodna w konwersacji. Łatwo popaść w ten stan, ale i tak lepiej przynajmniej słuchać, niż nie robić nic. Najważniejsza jest oczywiście systematyczna, regularna praca – nie odkrywam tutaj Ameryki, ale im dłużej uczę się języków, tym bardziej rozumiem wagę systematyczności. W każdym razie, nauka w taki sposób naprawdę może być frajdą!

Masz jakieś inne, sprawdzone sposoby, które należy dorzucić do listy? :)

  • Jarosław Kamiński

    Heh, jaki dziwny zbieg okoliczności, koleżanka przesłała mi artykuł 30 minut temu, a teraz patrzę, że kolejny Twój wpis jest o językach obcych. Artykuł dla mnie ciekawy, który można podsumować jednym z jego zdań: „Najważniejszym warunkiem, od którego zależy, czy ktoś się nauczy języka, jest chęć – mówiąc językiem dydaktyki: motywacja.” http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1646718,1,co-mowi-o-polakach-ich-znajomosc-jezykow.read

    • Mogę przeczytać tylko pierwszą część artykułu, a dalej mam: „Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.” Ale domyślam się, że dalej też jest o paradoksach w polskiej znajomości języków :) Z jednej strony jesteśmy wysoko w rankingach, a z drugiej nadal są miejsca, gdzie po angielsku „ani be, ani me” :D
      Myślę, że i tak jest w Polsce spoko. Nawet w zachodnich Niemczech spotkałam młode osoby, które mówiły po angielsku słabo lub wcale. Najważniejszym warunkiem nauki jest tak jak mówisz motywacja + polubienie samego procesu i dostrzeżenie w nim przyjemności, bo jednak proces jest to dłuuugi i jak się tego nie polubi, to nie da rady :)

  • Karolina

    Bardzo ciekawy wpis :) Nie wiem czy słyszałaś o teorii Stephena Krashena na temat nauki języków, ale warto się zapoznać (Language acquisition, na YouTube jest o tym filmik); to tylko utwierdza w przekonaniu, że nauka języków nie musi być nudna i trudna, co więcej, nawet nie powinna taka być jeśli chcemy osiągnąć zadowalające rezultaty :) Co do treści dla nas przyjemnych, to rzeczywiście nauka dzięki nim staje się dużo łatwiejsza. Mi podoba się idea idąca jeszcze o krok dalej, a mianowicie żeby w języku obcym uczyć się też czegoś przydatnego np. wskazówki odnośnie rozwoju osobistego, zdrowia czy paradoksalnie jak skuteczniej uczyć się języków obcych (polecam niemiecki Language Mining Podcast, choć nie ze wszystkimi teoriami autora się zgadzam). Słuchanie plus czytanie tego co się słyszy to chyba najlepsze połączenie, ważne też, aby tych samych treści słuchać wielokrotnie, bo dzięki temu zapamiętujemy czasem nawet całe zdania i używamy wielu słów automatycznie, nawet się nie zastanawiając. Jeszcze tak z ciekawości, jakimi językami się posługujesz lub po prostu z jakimi miałaś do czynienia? W każdym razie, znakomity wpis :) Pozdrawiam

    • Ani na Stephena Krashena ani na Language Mining Podcast jeszcze nie natrafiłam, ale już zapisuję, dzięki! Tak jak napisałaś i zupełnie się zgadzam – fajnie jest słuchać w obcym języku rad, jak uczyć się obych języków :D Tego typu hasła wrzucałam po niemiecku do wyszukiwarki Youtube’a. Polecam też oglądanie materiałów o poliglotach. Ich metody dają do myślenia – po obejrzeniu Tima Donera i kilku innych osób doszło do mnie, że oni zupełnie nie uczą się „tradycyjnie” i na sucho. Oni bardzo angażują się w naukę, chłoną to co ich interesuje z żywego języka i od razu próbują tego używać. Z którymś z kolei językiem nie mają już blokady w mówieniu i wszystko, co przyswoją, stosują od razu w praktyce. Chłoną i od razu aktywizują poprzez używanie. To też jest klucz – zwalczyć etap blokady i używać, używać, używać, choćby z pokaleczoną gramatyką.
      Jeśli chodzi o moje języki, to angielski na etapie zupełnej swobody, niemiecki powiedzmy średniozaawansowany wyższy i nad nim w tej chwili najbardziej pracuję, podstawowy hiszpański (dwa semestry zajęć raz w tygodniu na uczelni i trochę pracy własnej) i podstawowy serbski. Dzięki za wartościowy komentarz! :)

  • Ja jestem ścisłowcem i nie mam niestety wielkiego zamiłowania do języków. Natomiast nawet nie wiem kiedy zaczęłam rozumieć niemalże wszystko po angielsku (z wyjątkiem jakiegoś specjalistycznego słownictwa). Moją „metodą” (nieplanowaną) stali się „Przyjaciele”. Jestem ogromną fanką, najpierw obejrzałam wszystkie odcinki z polskimi napisami, później z angielskimi, a później już kompletnie zrezygnowałam z jakichkolwiek napisów. I tak wiem, co kto powiedział. Do tego doszły różne kanały brytyjskie i amerykańskie na youtubie, podcasty. Dużą łatwość mam też w rozumieniu języka pisanego. Natomiast kuleje u mnie mówienie i pisanie :/ Do tej pory rzadko zdarzało się, żebym stała przed koniecznością używania języka poza krótkimi przelotnymi rozmowami, wakacjami i oczywiście szkołą. Bariera do przełamania wciąć jest przede mną.

    • A więc ten Erasmus w Lizbonie lub we Włoszech, o którym wspominałaś, byłby chyba idealnym rozwiązaniem :) To może być dobry moment na rzucenie się na głęboką wodę – wyjechać na dłużej w miejsce, gdzie po prostu musi się mówić po angielsku, bo nie ma innej opcji. Wielu moich znajomych jechało z blokadą i po kilku miesiącach wracali wygadani jak nie wiem co :D