Warto słuchać ludzi. Spotkanie z Małgorzatą Szejnert

Na co dzień żyjemy tak do bólu w XXI wieku. Przynajmniej ja żyję. Jakoś rzadko zatrzymuję się nad historią, dawnymi czasami, głębszym wnikaniem w różne kultury i próbą zrozumienia dzisiejszych zjawisk przez sięgnięcie do ich korzeni, wiele lat wstecz. A to jednak wartościowe, tak się czasem zatrzymać. Przypomniało mi się o tym podczas spotkania z Małgorzatą Szejnert w ramach Festiwalu Fabuły w Poznaniu.

 

Przyznam na wstępie, że nie czytałam żadnej książki Szejnert w całości, choć mam jedną w domu rodzinnym i po tym spotkaniu na pewno po nią sięgnę. Natomiast w czasach licealnych zachwycałam się Ryszardem Kapuścińskim i lubiłam czytać reportaże w ogóle, stąd moje zainteresowanie wieczorem autorskim koleżanki po fachu Kapuścińskiego. Nawiasem mówiąc, też chciałabym mieć taką błyskotliwość umysłu w wieku 80 lat, bo pani Małgorzata i wygląda, i wypowiada się świetnie.

Dobrze mi to spotkanie zrobiło i trochę przypomniało o moich korzeniach. Kiedyś czytałam nałogowo powieści, reportaże, wierszy też jakby więcej. Dzisiaj głównie rzeczy konkretne, biznesowe, poradnikowe i do bólu praktyczne. To nie jest złe, ale przez to jakoś rzadziej ma człowiek do czynienia z prawdziwą kulturą i rzadziej zanurza się w wir cudzych opowieści, a te bywają przecież bardzo ciekawe – szczególnie opowiadane przez ludzi starszych ode mnie o całe dwa pokolenia.

 

AUTORYTETY

Pani Szejnert przez wiele lat pracowała w Gazecie Wyborczej i tygodniku Literatura (wychodził w latach 1972-1981, później jako miesięcznik), zaczynając jeszcze w czasach cenzury. Praca w tamtych redakcjach była wielkim prestiżem i podobno dobierając sobie nowe osoby, mogła naprawdę przebierać jak w ulęgałkach. Z sentymentem opowiadała o swojej pracy ze zdolnymi młodymi ludźmi i szlifowaniu wspólnie ich tekstów, dopracowując je szczegół po szczególe. Określiła nawet tamte lata jako prawdopodobnie najlepszą część swojego życia – obcowanie z gronem fantastycznych, inteligentnych ludzi, współtworzenie czegoś wartościowego, szlifowanie jako redaktorka cudzych talentów.

Słuchając tego pomyślałam sobie: kurczę, jak to ci podopieczni, których przez lata uczyła, mieli dobrze. Jak fajnie byłoby dzisiaj mieć takiego mentora. Kogoś, komu zależałoby na moim rozwoju, kto mógłby naprowadzać mnie na dobre tory, poprawiać błędy i służyć swoim doświadczeniem. Trudno teraz o prawdziwy autorytet, takiego mistrza rodem z dawnych czasów – choć może jeszcze udałoby się to w redakcjach nielicznych prestiżowych czasopism, które do dziś trzymają wysoki poziom. Gdybym tylko była ekspertem w czymkolwiek, chętnie aplikowałabym do takich miejsc: głównie ze względu na tęsknoty serca do przebywania w gronie opętanych literacko, trochę niedzisiejszych i szalenie inteligentnych ludzi. Ale nie jestem ekspertem, no i niekoniecznie oni mieliby tę samą tęsknotę serca, by przebywać ze mną.

W każdym razie relacja uczeń-mistrz to motyw, który mnie fascynuje – może dlatego, że podczas lat szkolnych miałam dużą potrzebę posiadania autorytetów w kwestii literatury i kultury, a znajdowałam je tylko połowicznie.

Swoją drogą to ciekawe, jak przeszłam od bycia romantyczną humanistką i laureatką wojewódzkich olimpiad polonistycznych do studiowania Finansów i Rachunkowości. Kiedyś wiersze, dziś notowania giełdowe. Musiało się to odbić jakimś blogiem, żeby dać gdzieś upust potrzebie pisania!

 

malgorzataszejnert2

 

TWÓRCZOŚĆ MAŁGORZATY SZEJNERT

Spotkanie, na którym byłam, odbyło się w ramach Festiwalu Fabuły i jeden z głównych tematów rozmowy dotyczył książki Wyspa klucz. Ta tytułowa wyspa to Ellis Island, mieszcząca się w porcie Nowego Jorku, która w latach 1892-1924 była tak zwaną bramą do Ameryki i przewinęło się przez nią między innymi mnóstwo emigrujących z Imperium Rosyjskiego Polaków. Ile to jest mnóstwo? Szacuje się, że od 1,5 do 2 milionów, ale dokładnie nie wiadomo.

Co robiło Imperium Rosyjskie, żeby zniechęcić Polaków do dalszej emigracji? Między innymi rekwirowało listy ze Stanów, słane często przez mężczyzn do ich rodzin, chcących ściągnąć do siebie żony i dzieci po wstępnym samodzielnym wybadaniu terenu. Wyobrażacie sobie? Przechwytywać listy o takiej wadze w czasach, kiedy kontakt był tak bardzo utrudniony! Listy, przechowane przez lata w archiwach i nigdy nie dostarczone do swoich odbiorców, zachowały się. Na podstawie tych listów i wielu innych źródeł, Małgorzata Szejnert przyjrzała się historiom polskich emigrantów i odmalowała atmosferę tamtych wydarzeń.

To nie chodzi o to, że nagle zainteresowałam się dramatem rozbitych rodzin emigrantów z końca XIX wieku. Po prostu to, co pani Szejnert opowiadała, to są takie rzeczy i informacje, na które normalnie nigdy bym nie natrafiła. Nie przyszłoby mi pewnie do głowy, żeby ich szukać. Jest dla mnie dość abstrakcyjne, widzieć daty zaczynające się od tysiąc osiemset, bo ile wiem o wydarzeniach z tamtego stulecia? No właśnie jakoś zbyt mało. A przecież wszystko na świecie jest reakcją łańcuchową… Wydarzenia w przeszłości ukształtowały świat, jaki znamy dzisiaj. Zagadnienia i problemy, z którymi się teraz zmagamy, najczęściej mają bardzo głębokie korzenie. Bywamy ignorantami, nie interesując się historią i traktując problemy, zwłaszcza te społeczno-kulturowe, bardzo powierzchownie i bez głębszej refleksji.

Dlatego takie wydarzenia, jak spotkania literackie z wartościowymi ludźmi, są ważne. To najczęściej nic nie kosztuje, jedynie dwie godziny naszego czasu, a człowiek wychodzi z nich z nowymi myślami. Obiecałam sobie chodzić na takie spotkania częściej. Przy okazji polecam Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, które ma bardzo bogatą i często darmową ofertę kulturalną, a ja stanowczo za rzadko z niej korzystam! Zamku – dzięki, że jesteś.

 

malgorzataszejnert1

Są takie momenty, które pamięta się jako żywe obrazy i są takie zapamiętane głównie w formie rozmów, dyskusji – pani Małgorzata na pytanie, czy myśli bardziej obrazami, czy słowami.

 

P.S: Wiecie co, fajnie mieć bloga. Można sobie dokumentować wydarzenia wraz ze zdjęciami choćby na własne potrzeby. Będę mogła za rok o tej porze przypomnieć sobie, że byłam na tym spotkaniu i wrócą mi od razu wszystkie szczegóły. A jeśli ktoś się poczuje zainspirowany, żeby też częściej chodzić na różne kulturalne wydarzenia, to już w ogóle będzie super.

P.S 2: Tematyka bloga zmierza w dziwnym kierunku, ale zachęcona przez komentarze pod poprzednim wpisem, nie będę się w żaden sposób ograniczać. Kiedy jest coś, czym chcę się podzielić, to się podzielę. Po prostu.

 

  • To ciekawe, co mówisz o tych autorytetach. Jak się głębiej zastanowię, to faktycznie zdaję sobie sprawę, że okropnie ciężko spotkać taki autorytet naprawdę. Możemy ich szukać w książkach i innych publikacjach, alespotkać osobiście? Warto chodzić na takie spotkania. To aż niesamowite, ile kultura udostępnia nam nawet za darmo. Wystarczy chcieć się rozejrzeć :)